Kilka dni temu byłem obserwatorem rozprawy Ocean kontra organa skarbowe. Pokrótce streszczę historię konfliktu. Przed kilkoma laty spółka prowadziła transakcje handlowe z Evitą, czyli zakładem pracy chronionej. Ówczesne regulacje takim firmom pozwalały na znaczne ulgi podatkowe oraz korzystanie z dotacji PFRON. Korzystała z nich również Evita. Z nią zaś w 1998 roku kooperował Ocean. Co więcej miał pecha być pośrednio właścicielem 15% jej akcji. Niedługo potem w spółce handlowej przeprowadzono kontrolę skarbową. Rok 1998 zakończono z czystym kontem.
Minęło jednak parę lat. Wokół ZPCh-rów zrobiło się wiele zamieszania. A to, że nadużywają swoich uprawnień, że ich pracownicy nie są tacy znowu niepełnosprawni itp. Fiskus zaczął więc szukać dziury w całym. Padło na Ocean. Chociaż on sam żadnych zwrotów i dofinansowań nie otrzymał, brał jednak udział w procederze. To fakt, że razem z Evitą wykorzystali przepisy w sposób cyniczny. To jednak wystarczyło.
Nieważne, czy transakcje były realne, czy pozorowane. Fiskus w to nie wnikał. Co więcej, Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, iż fiskus nawet nie musiał się tym zajmować. Wystarczyło, że dzięki transakcjom Skarb Państwa stracił, a nie zyskał. A to, że niegdyś przepisy na to pozwalały? Kogo to dziś obchodzi?
Oczywiście, przedstawicielka organów skarbowych przyznała, że podatnicy mają prawo do tak zwanego planowania podatkowego, którego skutkiem jest zmniejszanie obciążeń fiskalnych. Musi być ono jednak zgodne z prawem (sic!). A że prawo jest mętne i non stop naginane w zależności od potrzeb, to już nieistotne.
Gdy usłyszałem uzasadnienie wyroku trochę mnie zmroziło. Gdzie zaufanie do państwa i stanowionych przez nie przepisów? To, że wielokrotnie prowadzą one do nadużyć, to przecież wina ustawodawców, a nie tych, którzy muszą się w nich poruszać.