Dodam przykład z zagranicy, gdyż to dotyczy wszystkich rynków. Pewien bank zachodni kupił prywatyzowany bank, w którym zastał obligacje rządu niemieckiego wraz z kompletnie niepotrzebną rezerwą. Jest to bowiem papier nie wymagający żadnych rezerw. Ale nowy właściciel wymyślił sobie, że podtrzyma na obligacje o wartości 1 mld dolarów horrendalne rezerwy w wysokości 80%. Rozumowanie było takie, że kiedy już będzie właścicielem banku przez pełny rok, to rozwiąże rezerwy, pokazując jak dobrze nim zarządzał.
Jak się obronić przed takimi sytuacjami? Czy drobny inwestor ma w ogóle szanse na wychwycenie nieprawidłowości?
Jeśli jakiś bank przez dwadzieścia lat nie był w stanie wypracować zysku na poziomie powyżej 2% przychodów, a nagle osiąga 12%, to jest to znak, że prawdopodobnie coś jest nie tak. Jeśli w tym czasie inne warunki się nie zmieniały, to albo popełniono błąd albo fałszerstwo. To można prześledzić. Najlepiej oczywiście będzie, jeśli zrobi to audytor przed opublikowaniem raportu finansowego.
Czy miał Pan taką sytuację, że tworzona była sieć spółek zależnych, służąca jedynie zagmatwaniu sytuacji finansowej?
Tworzenie takich sieci nie jest niczym złym. Często ma to swoje uzasadnienie ekonomiczne. Np. "zaparkowanie" ryzyka, względy podatkowe lub po prostu stworzenie jasnej sytuacji dla części działalności grupy. Wówczas, jeśli coś pójdzie źle, to bankrutuje spółka zależna, a cała grupa wychodzi bez większych szkód.
Bywają jednak sytuacje, gdy celem takich operacji są machinacje księgowe i sztuczne windowanie wyniku. Np. spółka dominująca posiada nieruchomość. Takie aktywa trzyma się w bilansie według cen historycznych. Można ją sprzedać spółce zależnej z wielokrotnym zyskiem. W konsolidacji ta transakcja nie istnieje, ale wynik skonsolidowany zostanie zaprezentowany później niż wynik jednostkowy spółki-matki. Ten ostatni może wywrzeć na inwestorach bardzo pozytywny efekt, jeśli jest ona notowana na giełdzie.
Kiedyś jeden bank posiadał akcje, które znacznie straciły na wartości pod koniec roku. Miał on jednak spółkę zależną, której postanowił sprzedać akcje po cenie znacznie wyższej od giełdowej. Każdy nazwałby to parkowaniem akcji w ramach tzw. window dressing. Lecz bank sprzedał wcześniej 60% akcji spółki zależnej trzem byłym członkom zarządu banku, którzy wciąż byli zaprzyjaźnieni ze swoją dawną spółką. W ten sposób próbował przekonać audytora, iż nie sprzedał akcji giełdowych spółce zależnej. I że nie jest to parkowanie akcji, lecz normalna transakcja rynkowa dokonana z zyskiem.
Czy grozi nam przypadek podobny do tego z Enronem w USA?
Trudno to przewidzieć, lecz mamy obecnie pewne sprzyjające okoliczności. Zła sytuacja gospodarcza sprzyja bankructwom w ogóle. Co gorsza, bardzo źle należy ocenić kwestie niejasnych przepisów o rachunkowości. Formalnie jest jedna ustawa o rachunkowości, ale jednocześnie - potocznie mówiąc - powiada się, że jeśli znajdziesz coś, co nie wiesz jak zaksięgować, to możesz zastosować nowe standardy, które dopiero są tworzone. Można je zastosować, a nie trzeba. Alternatywnie można zastosować Międzynarodowe Standardy Rachunkowości - ale też można, a nie trzeba. W efekcie istnieje możliwość, że trzy podmioty będą traktowały podobne transakcje na trzy różne sposoby.
Na minus działa także fakt, że część spółek publicznych audytowanych jest przez małe firmy audytorskie. Dla nich kontrakt z dużą firmą to niekiedy większość przychodów, a w takiej sytuacji trudniej jest zachować pełną niezależność. Dla porównania w PricewaterhouseCoopers skala działania jest taka, że żaden klient nie płaci nam kwot, które miałyby dla nas istotne znaczenie, gdybyśmy stracili tego klienta. Małe firmy mają także małą liczbę pracowników, zatem niekiedy nawet nie ma z kim się skonsultować. Wówczas łatwiej jest firmom ukryć nieprawidłowości.
Czyli każdy księgowy wybiera tę opcję, która pasuje spółce?
Księgowy ma obowiązek wynikający z prawa i względów etycznych, aby zaksięgować transakcje w sposób zapewniający odzwierciedlenie ich treści ekonomicznej. Często ze względu na złożoność transakcji oraz niejasne lub skomplikowane przepisy decyzja, jak to zrobić, jest trudna. Naturalne jest, że księgowy zawsze wybiera to rozwiązanie, które przedstawi transakcje jego spółki w najlepszym świetle.
Jak się współpracuje z radami nadzorczymi? Czy nie ma Pan czasem wrażenia, że ich członkowie nie wiedzą, co się w spółce dzieje?
Rady nadzorcze często mają niewielkie pojęcie o biznesie, który nadzorują. Bywa, że dotyczy to także członków zarządu. To wiąże się z określeniem "rządy kolesiów". I jest to zjawisko niezależne od opcji rządzącej. Często do spółek giełdowych i spółek Skarbu Państwa trafiają ludzie, którzy, delikatnie mówiąc, nie rozumieją sektora, w którym działa ich spółka. Z przerażeniem rozmawiałem z niektórymi radami z sektora bankowości. Po takich dyskusjach nie miałem pewności, czy w ogóle mamy takie spółki badać i ich nie badaliśmy. Bowiem jeśli członkowie rad nie mają pojęcia, co kontrolują, to jak można oczekiwać, że zrobią to dobrze. I dlaczego audytor miałby ponosić konsekwencje tej ich niewiedzy?
Teraz można już tylko zapytać, gdzie były rady ponad piętnastu banków podupadłych w ostatnim dziesięcioleciu, zanim wszedł tam nowy inwestor. Wszystko to, o czym mówię, dotyczy zagadnienia ładu korporacyjnego (corporate governance), które wielokrotnie jest zupełnie ignorowane.
Czy do raportów finansowych spółek inwestorzy powinni podchodzić ze sporą rezerwą?
Tu Pana zaskoczę. Zdecydowana większość raportów jest sporządzana z dobrymi intencjami. Generalnie księgi rachunkowe w Polsce są poprawnie prowadzone. Rzadko natrafiamy na ewidentne błędy. Problem powstaje w momencie interpretacji przepisów. Rachunkowość to nie jest nauka ścisła, lecz swego rodzaju sztuka.
Dziękuję za rozmowę.
Ocena ocenie nierówna
Każda spółka publiczna zobowiązana jest do systematycznego przedstawiania raportów finansowych. Teoretycznie w ten sposób zarządy mają okazję do zaprezentowania aktualnego stanu przedsiębiorstwa. W praktyce liczba prób oszukania inwestorów i analityków każe przypuszczać, iż tak naprawdę jest zupełnie odwrotnie. Nic więc dziwnego, że audytorzy mają ręce pełne roboty.
Kontrolując raport finansowy audytor wydaje jeden z czterech wariantów opinii. Po pierwsze może zaakceptować to, co zostało zawarte w raporcie. Dzieje się tak wówczas, gdy od początku zgadza się z zarządem. Ewentualnie wówczas, gdy zarząd uwzględni proponowane poprawki.
Druga możliwość to przekazanie opinii z zastrzeżeniem. Ma to miejsce, kiedy istnieje różnica zdań pomiędzy audytorem i zarządem. Może ona dotyczyć na przykład różnicy zdań co do wyceny pewnych aktywów lub rezerw. Trzecia opcja to opinia negatywna. Wydawana jest wtedy, gdy różnice zdań są zbyt duże. Zazwyczaj dotyczy to sytuacji, gdy różnice występują w wielu pozycjach raportu, a zdaniem audytora raport wprowadza czytelnika w błąd.
Jest jeszcze czwarta opcja - brak opinii audytora. Jeśli uzna on, że ma za mało informacji, co powoduje istotne ograniczenie zakresu badania, to odmawia wydania opinii na temat raportu. Niekiedy zdarza się bowiem tak, że spółka nie chce bądź nie potrafi przedstawić dokumentów potwierdzających dokonanie pewnych operacji. Choć są to sytuacje skrajne, nie można i ich wykluczyć.