Reklama

Księgowe sztuczki

Z Antonim Reczkiem, prezesem zarządu PricewaterhouseCoopers Sp. z o.o. i partnerem w dziale Audytu i Doradztwa Księgowego, rozmawia Adam Mielczarek

Publikacja: 22.03.2002 07:48

Jak z Pańskiej praktyki wyglądają wyniki audytu w polskich spółkach giełdowych "od kuchni"? Czy wszystko jest tam robione fair? Czy zarządy lubią stosować sztuczki księgowe?

Jeżeli chodzi o celowe manipulacje i zniekształcenia, to niestety w Polsce mieliśmy wiele takich przypadków. Najgorsze rzeczy można było spotkać w branży leasingowej i to praktycznie aż do ubiegłego roku.

Rachunkowość w wielu spółkach leasingowych była zupełnie niejasna i w znacznej mierze sposób przedstawiania sytuacji finansowej tych firm odbiegał od realiów ekonomicznych. Wyglądało to w ten sposób, że spółka leasingowa podpisywała umowę z leasingobiorcą np. na dwa lata. Jeśli umówiono się, że towar będzie "spłacany" w 24 ratach, to każdy wie, że co miesiąc powinno się księgować około 1/24 wartości towaru. Innymi słowy uznawanie przychodu powinno mieć coś wspólnego z okresem dwóch lat. Robiono to natomiast tak, że księgowano np. przedpłatę 80% jako przychód w pierwszym miesiącu. Zatem już po miesiącu firma miała 4/5 przychodu, którego należy się spodziewać po dwóch latach.

Odwrotnie postępowano z kosztami amortyzacji. Praktyka rachunkowości na świecie mówi, że środki trwałe amortyzuje się przez okres ich użytkowania. Nie zawsze jest to okres identyczny z okresem uznawanym przez fiskusa. Generalnie w Polsce spółki leasingowe stosowały właśnie podatkowe okresy amortyzacji, np. pięć lat. Wracając do naszego przykładu - na koniec dwuletniej umowy leasingowej firmie w księgach zostawały 3 lata nie zamortyzowanego kosztu przedmiotu oddanego w leasing. Przy niskich cenach sprzedaży tych przedmiotów po wygaśnięciu umowy leasingowej firmy musiały wykazać straty. Dopóki obroty firm leasingowych rosły, można było ukryć te straty, ale kiedy sytuacja się pogorszyła - straty stały się widoczne. Czyli przychód wzięto na początku, a koszty zostawiono na koniec. Nie muszę dodawać, ile firm leasingowych zbankrutowało w Polsce, i to w sposób spektakularny.

Niedawno robiłem specjalne badanie takiej firmy (nie chodziło o raport roczny), po którym powiedzieliśmy kierownictwu, jaki jest faktyczny wynik firmy. Zarząd podziękował, zapłacił za usługę, schował opinię i dalej robił po swojemu.

Reklama
Reklama

Czy wszystkie instytucje finansowe zachowują się podobnie? Jak to wygląda w bankach?

W bankach trudniej jest postępować w ten sposób. Jest to sektor bardzo silnie regulowany. Działa Nadzór Bankowy, który prędzej czy później wykryje większość nieprawidłowości. To notabene jest powód, dla którego w Polsce, w przeciwieństwie do wielu krajów tym regionie Europy, nie doszło do załamania systemu bankowego.

To, że jest trudniej, nie znaczy, iż nie można próbować. Np. bank wie, że ma 15 mln zł straconych kredytów, a tworzy rezerwy tylko na 10 mln zł. Co zrobi z resztą? Nic. Zarząd wychodzi z założenia, że jakoś to będzie.

Czy dopuszczały się tego banki giełdowe?

O ile mi wiadomo, takie sytuacje miały miejsce.

Na jakie jeszcze natrafił Pan przypadki?

Reklama
Reklama

Pamiętajmy, że banki nie działają w próżni. Zatem częściowo metodologia badania audytora jest tu taka, iż porównuje się wskaźniki do konkurencji. Np. badany bank ma wskaźnik złych kredytów 2%, a reszta banków w Polsce 7%. Od razu powstaje wątpliwość jak to jest możliwe, że ten jeden bank ma tak dobre parametry. Od 1992 roku nagminnym zjawiskiem był brak wystarczających rezerw. Były banki, które znajdowały się w takiej sytuacji permanentnie.

Pamiętam przykłady fałszowania wartości zabezpieczeń. Jeśli bank udzielał kredytu z zabezpieczeniem na 50%, a potem uznał kredyt za stracony, to nagle nieoczekiwanie stwierdzał, że zabezpieczenie jest warte 80% kredytu. Następnie tworzył rezerwę tylko na 20%. To też było nagminne. Wyłapaliśmy nawet takie sytuacje, że na potrzeby badania rocznego bank zamówił wycenę u zaprzyjaźnionego rzeczoznawcy, który ewidentnie sfałszował ekspertyzę i przecenił zabezpieczenie.Jakie inne branże słynną z "twórczej księgowości"?

Firmy sektora budowlanego do 1996-97 roku miały w większości nierzetelnie prowadzoną sprawozdawczość. Bardzo typowe sytuacje to robienie mniej więcej tego samego, co firmy leasingowe. Spółka dostawała przedpłatę, którą uznawała za przychód w momencie otrzymania zaliczki. Wiadomo, że kontrakt budowlany potrwa np. dwa-trzy lata. Zatem sposób, w jaki uznajemy przychody, powinien odzwierciedlać czas realizacji budowy. Na świecie mówi się, że nie należy uznawać żadnego przychodu, dopóki nie mamy względnej pewności, że skończymy projekt, a w drugiej połowie budowy jej koszty znacząco nie wzrosną powyżej planowanych.

W tym duchu doradzaliśmy naszemu klientowi, bardzo dużej firmie budowlanej, już na początku jej kariery giełdowej. Radziliśmy, aby prawidłowo księgowała zyski ze swoich kontraktów, to znaczy od chwili wykonania około 50% budowy. Część konkurencji księgowała każdy przychód od razu. Nie miała przy tym prawie żadnych kosztów, bo wykopanie dołu w ziemi niewiele kosztuje. Za to w środku budowy pojawiała się większość kosztów. Efekt był taki, że wyniki naszego klienta na początku wyglądały gorzej niż reszty przedsiębiorstw budowlanych. Ale gdy przyszedł zastój w budownictwie, u konkurencji pojawiły się problemy, a wyniki naszego klienta rosły.

O różnicy w interpretacjach standardów polskich niech świadczy fakt, że pewna krajowa firma realizowała w Niemczech kontrakt poprzez spółkę joint venture z inną polską firmą budowlaną. Obie miały po 50% udziału, obie działały w identycznych warunkach. Ale jedna firma wykazuje zysk 1 mln zł, podczas gdy druga chwali się, że już zarobiła 7 mln zł. Przykładem, czym to się może skończyć, były słynne kłopoty Espebepe.

Czy to wina spółek, czy przepisów?

Reklama
Reklama

Fakt, że pozwolono firmom tak działać (to również dotyczy firm leasingowych), przyniósł szkodę wiarygodności sprawozdawczości w Polsce. Ówczesne przepisy nie precyzowały, jak trzeba księgować, ale mówiły, że wyniki finansowe i sytuację firmy należy przedstawiać w sposób rzetelny. A nikt mnie nie przekona, że uznawanie większości wyniku na początku, a kosztów na końcu jest prawidłowe.

Jednak przynajmniej część winy można zrzucić na legislatorów.

Niestety, przykłady ryzykownych instrukcji płynęły z góry. Na początku lat 90. część banków regionalnych dostała tzw. obligacje restrukturyzacyjne. Ich celem było dokapitalizowanie banków. Wszystko było dobrze, dopóki "góra" nie wydała specjalnych instrukcji. Banki miały tworzyć rezerwy w ciężar otrzymanego kapitału. W sztuczny sposób zawyżono poziom utworzonych rezerw. Potem część tych niepotrzebnych rezerw rozwiązano i to rozwiązanie potraktowano jako przychód. Nie wolno rozwiązywać rezerwy w ten sposób, gdy przedtem nie utworzono jej w ciężar kosztów. Te zabiegi sprawiły, że w przypadku co najmniej dwóch banków przez trzy lata przedstawiano w prospektach ich wyniki netto, które w 35-45% składały się ze sztucznie zawyżonych rezultatów. Było to absolutnie niezgodne z żadnymi przepisami rachunkowości na świecie.

Co się dzieje, gdy wykryje Pan w jakiejś spółce manipulacje w księgowości? Czy miał Pan takie przypadki, że zarząd namawiał do przemilczenia pewnych spraw?

Oczywiście. Są jednak różne poziomy ważności spraw. Jeżeli błąd jest nieistotny, nie żądamy korekt. Jeśli jest poważny - wymagamy korekty. Jeżeli korekta nie zostanie wprowadzona przez zarząd i zniekształcenie sprawozdania finansowego jest istotne, ale nie powoduje, że sprawozdania finansowe są całkowicie niejasne i nieprawidłowe, wówczas wydajemy opinię z zastrzeżeniem. Może się również zdarzyć sytuacja, kiedy nie ma pewności co do realizacji pewnych aktywów, np. nie da się do końca udowodnić, że zagrożone kredyty zostaną spłacone. Zarząd może twierdzić, że są jeszcze do odzyskania. Wówczas negocjujemy (pewne oceny mogą być tylko subiektywne) i w opinii stwierdzamy, że z wyjątkiem pewnych ewentualnie potrzebnych rezerw, które nie zostały stworzone, sprawozdanie finansowe jest w porządku.

Reklama
Reklama

Jak duże są te rozbieżności?

Błąd powyżej 5% wyniku netto zaznaczymy w swojej opinii. Poniżej tego progu nie uznajemy, iż mamy do czynienia ze zniekształceniem raportu. Taka rozbieżność nie spowoduje np. upadku firmy.

Jak wygląda samo negocjowanie z audytorem?

Zarząd np. postuluje, żebyśmy - jeśli jemu się nie uda odzyskać zagrożonych kredytów - wykazali to w przyszłym roku. Albo chce, by audytor nie przedstawiał raportu z zastrzeżeniem, lecz tylko z dodatkowym wyjaśnieniem. Oczywiście, zdaniem zarządu powinno się ona zaczynać od łagodniejszych słów, typu "dobrze by było żeby..." itp.

Niestety, często dochodzi do sporych utarczek. Niedawno napisałem krytyczny list do zarządu jednej z instytucji finansowych w Polsce. W odpowiedzi usłyszałem - albo wycofujecie ten list, albo się żegnamy. W efekcie straciliśmy klienta.

Reklama
Reklama

Innym razem stwierdziliśmy, że kapitał w pewnej firmie jest sfałszowany. Poprosiłem o spotkanie z radą nadzorczą, na które zarząd chętnie się zgodził. Lecz już pół godziny później "podziękowano" nam za współpracę, wyrzucając naszych pracowników ze spółki. Potem firma znalazła sobie nowego audytora, który nie miał żadnych zastrzeżeń do sprawozdań finansowych sporządzonych przez zarząd. Stało się tak, mimo iż w przypadku zmiany audytora audytorzy powinni przekazywać pomiędzy sobą tzw. listy o kliencie, wraz z wyjaśnieniem ewentualnych etycznych powodów, dla których inny audytor nie powinien przyjąć zlecenia.

A może proponowano kiedyś łapówkę?

Owszem, pamiętam taki przypadek. Generalnie jednak wywiera się nacisk poprzez groźbę zerwania współpracy.

Czy są przypadki idące w odwrotnym kierunku? To znaczy nowy zarząd tworzy rezerwy na wszystko, co się da. W ten sposób chce pokazać, jak źle zarządzali poprzednicy, a sobie daje niską bazę, by wykazać się wynikami w przyszłości.

Oczywiście. Jest to posunięcie naturalne. Każdy nowy zarząd chciałby rozpocząć działalność z "czystym kontem". Motywacje nie muszą być nieetyczne! Ale po prostu takie, że zarząd chce być rozliczany tylko za własne błędy. Jeżeli poprzedni zarząd w nieprawidłowy sposób prowadził księgowość, to dlaczego nowy ma być tym obciążony?

Reklama
Reklama

Dodam przykład z zagranicy, gdyż to dotyczy wszystkich rynków. Pewien bank zachodni kupił prywatyzowany bank, w którym zastał obligacje rządu niemieckiego wraz z kompletnie niepotrzebną rezerwą. Jest to bowiem papier nie wymagający żadnych rezerw. Ale nowy właściciel wymyślił sobie, że podtrzyma na obligacje o wartości 1 mld dolarów horrendalne rezerwy w wysokości 80%. Rozumowanie było takie, że kiedy już będzie właścicielem banku przez pełny rok, to rozwiąże rezerwy, pokazując jak dobrze nim zarządzał.

Jak się obronić przed takimi sytuacjami? Czy drobny inwestor ma w ogóle szanse na wychwycenie nieprawidłowości?

Jeśli jakiś bank przez dwadzieścia lat nie był w stanie wypracować zysku na poziomie powyżej 2% przychodów, a nagle osiąga 12%, to jest to znak, że prawdopodobnie coś jest nie tak. Jeśli w tym czasie inne warunki się nie zmieniały, to albo popełniono błąd albo fałszerstwo. To można prześledzić. Najlepiej oczywiście będzie, jeśli zrobi to audytor przed opublikowaniem raportu finansowego.

Czy miał Pan taką sytuację, że tworzona była sieć spółek zależnych, służąca jedynie zagmatwaniu sytuacji finansowej?

Tworzenie takich sieci nie jest niczym złym. Często ma to swoje uzasadnienie ekonomiczne. Np. "zaparkowanie" ryzyka, względy podatkowe lub po prostu stworzenie jasnej sytuacji dla części działalności grupy. Wówczas, jeśli coś pójdzie źle, to bankrutuje spółka zależna, a cała grupa wychodzi bez większych szkód.

Bywają jednak sytuacje, gdy celem takich operacji są machinacje księgowe i sztuczne windowanie wyniku. Np. spółka dominująca posiada nieruchomość. Takie aktywa trzyma się w bilansie według cen historycznych. Można ją sprzedać spółce zależnej z wielokrotnym zyskiem. W konsolidacji ta transakcja nie istnieje, ale wynik skonsolidowany zostanie zaprezentowany później niż wynik jednostkowy spółki-matki. Ten ostatni może wywrzeć na inwestorach bardzo pozytywny efekt, jeśli jest ona notowana na giełdzie.

Kiedyś jeden bank posiadał akcje, które znacznie straciły na wartości pod koniec roku. Miał on jednak spółkę zależną, której postanowił sprzedać akcje po cenie znacznie wyższej od giełdowej. Każdy nazwałby to parkowaniem akcji w ramach tzw. window dressing. Lecz bank sprzedał wcześniej 60% akcji spółki zależnej trzem byłym członkom zarządu banku, którzy wciąż byli zaprzyjaźnieni ze swoją dawną spółką. W ten sposób próbował przekonać audytora, iż nie sprzedał akcji giełdowych spółce zależnej. I że nie jest to parkowanie akcji, lecz normalna transakcja rynkowa dokonana z zyskiem.

Czy grozi nam przypadek podobny do tego z Enronem w USA?

Trudno to przewidzieć, lecz mamy obecnie pewne sprzyjające okoliczności. Zła sytuacja gospodarcza sprzyja bankructwom w ogóle. Co gorsza, bardzo źle należy ocenić kwestie niejasnych przepisów o rachunkowości. Formalnie jest jedna ustawa o rachunkowości, ale jednocześnie - potocznie mówiąc - powiada się, że jeśli znajdziesz coś, co nie wiesz jak zaksięgować, to możesz zastosować nowe standardy, które dopiero są tworzone. Można je zastosować, a nie trzeba. Alternatywnie można zastosować Międzynarodowe Standardy Rachunkowości - ale też można, a nie trzeba. W efekcie istnieje możliwość, że trzy podmioty będą traktowały podobne transakcje na trzy różne sposoby.

Na minus działa także fakt, że część spółek publicznych audytowanych jest przez małe firmy audytorskie. Dla nich kontrakt z dużą firmą to niekiedy większość przychodów, a w takiej sytuacji trudniej jest zachować pełną niezależność. Dla porównania w PricewaterhouseCoopers skala działania jest taka, że żaden klient nie płaci nam kwot, które miałyby dla nas istotne znaczenie, gdybyśmy stracili tego klienta. Małe firmy mają także małą liczbę pracowników, zatem niekiedy nawet nie ma z kim się skonsultować. Wówczas łatwiej jest firmom ukryć nieprawidłowości.

Czyli każdy księgowy wybiera tę opcję, która pasuje spółce?

Księgowy ma obowiązek wynikający z prawa i względów etycznych, aby zaksięgować transakcje w sposób zapewniający odzwierciedlenie ich treści ekonomicznej. Często ze względu na złożoność transakcji oraz niejasne lub skomplikowane przepisy decyzja, jak to zrobić, jest trudna. Naturalne jest, że księgowy zawsze wybiera to rozwiązanie, które przedstawi transakcje jego spółki w najlepszym świetle.

Jak się współpracuje z radami nadzorczymi? Czy nie ma Pan czasem wrażenia, że ich członkowie nie wiedzą, co się w spółce dzieje?

Rady nadzorcze często mają niewielkie pojęcie o biznesie, który nadzorują. Bywa, że dotyczy to także członków zarządu. To wiąże się z określeniem "rządy kolesiów". I jest to zjawisko niezależne od opcji rządzącej. Często do spółek giełdowych i spółek Skarbu Państwa trafiają ludzie, którzy, delikatnie mówiąc, nie rozumieją sektora, w którym działa ich spółka. Z przerażeniem rozmawiałem z niektórymi radami z sektora bankowości. Po takich dyskusjach nie miałem pewności, czy w ogóle mamy takie spółki badać i ich nie badaliśmy. Bowiem jeśli członkowie rad nie mają pojęcia, co kontrolują, to jak można oczekiwać, że zrobią to dobrze. I dlaczego audytor miałby ponosić konsekwencje tej ich niewiedzy?

Teraz można już tylko zapytać, gdzie były rady ponad piętnastu banków podupadłych w ostatnim dziesięcioleciu, zanim wszedł tam nowy inwestor. Wszystko to, o czym mówię, dotyczy zagadnienia ładu korporacyjnego (corporate governance), które wielokrotnie jest zupełnie ignorowane.

Czy do raportów finansowych spółek inwestorzy powinni podchodzić ze sporą rezerwą?

Tu Pana zaskoczę. Zdecydowana większość raportów jest sporządzana z dobrymi intencjami. Generalnie księgi rachunkowe w Polsce są poprawnie prowadzone. Rzadko natrafiamy na ewidentne błędy. Problem powstaje w momencie interpretacji przepisów. Rachunkowość to nie jest nauka ścisła, lecz swego rodzaju sztuka.

Dziękuję za rozmowę.

Ocena ocenie nierówna

Każda spółka publiczna zobowiązana jest do systematycznego przedstawiania raportów finansowych. Teoretycznie w ten sposób zarządy mają okazję do zaprezentowania aktualnego stanu przedsiębiorstwa. W praktyce liczba prób oszukania inwestorów i analityków każe przypuszczać, iż tak naprawdę jest zupełnie odwrotnie. Nic więc dziwnego, że audytorzy mają ręce pełne roboty.

Kontrolując raport finansowy audytor wydaje jeden z czterech wariantów opinii. Po pierwsze może zaakceptować to, co zostało zawarte w raporcie. Dzieje się tak wówczas, gdy od początku zgadza się z zarządem. Ewentualnie wówczas, gdy zarząd uwzględni proponowane poprawki.

Druga możliwość to przekazanie opinii z zastrzeżeniem. Ma to miejsce, kiedy istnieje różnica zdań pomiędzy audytorem i zarządem. Może ona dotyczyć na przykład różnicy zdań co do wyceny pewnych aktywów lub rezerw. Trzecia opcja to opinia negatywna. Wydawana jest wtedy, gdy różnice zdań są zbyt duże. Zazwyczaj dotyczy to sytuacji, gdy różnice występują w wielu pozycjach raportu, a zdaniem audytora raport wprowadza czytelnika w błąd.

Jest jeszcze czwarta opcja - brak opinii audytora. Jeśli uzna on, że ma za mało informacji, co powoduje istotne ograniczenie zakresu badania, to odmawia wydania opinii na temat raportu. Niekiedy zdarza się bowiem tak, że spółka nie chce bądź nie potrafi przedstawić dokumentów potwierdzających dokonanie pewnych operacji. Choć są to sytuacje skrajne, nie można i ich wykluczyć.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama