Można spodziewać się zmian kadrowych na warszawskiej giełdzie, a szerzej - polskim rynku kapitałowym - taki wniosek można wyciągnąć z ostatnich publicznych wypowiedzi szefa resortu skarbu (publikowanych niedawno na łamach "Rzeczpospolitej" i "Pulsu Biznesu"). Atmosfera na rynku staje się więc coraz gęstsza. A może minister Wiesław Kaczmarek tylko straszy? Nie, chyba nie. Nie używa się określenia "klęska", gdy chce się kogoś pogonić do roboty. A takie sformułowanie - w odniesieniu do niekonkurencyjności rynku wobec sektora bankowego - padło we wczorajszym wywiadzie szefa MSP dla "PB". Wyraźniejszego sygnału od właściciela trudno oczekiwać.

Czy to wszystko oznacza, że czeka nas kadrowa rewolucja, a rada nadzorcza i zarząd warszawskiej giełdy mają pakować walizki? Niekoniecznie, bo - choć to wielce prestiżowe stanowiska - to konfitur raczej nie ma. A, jak wielokrotnie zwracaliśmy uwagę, samo państwo zrobiło wiele, by rynek kapitałowy i giełdę zdusić, zanim zdąży w ogóle rozwinąć skrzydła.

Tych, którzy cieszą się już jednak, jaki to rozkwit czeka rynek po ewentualnym odejściu ekipy Wiesława Rozłuckiego, muszę zmartwić. Sama wymiana kadr nie oznacza nic. I nawet gdyby Warren Buffett i Alan Greenspan zostali ściągnięci do zarządzania polskim rynkiem, to i tak nic by z tego nie wynikało (poza oczywistym efektem marketingowym). Podstawy choroby rynku leżą bowiem bardzo głęboko - w fundamentach naszej kulawej gospodarki, macoszej polityce państwa wobec GPW, dramatycznej wręcz jakości zarządzania w wielu spółkach i aroganckim stosunku firm do swoich inwestorów. Psiocząc - całkiem słusznie - na zachowawczość i małą pomysłowość kluczowych instytucji rynku, nie wolno zapominać o chorobie fundamentów. A ta jest w stanie pokonać nawet najbardziej dziarskie, nowatorskie i kipiące pomysłami zespoły menedżerów.