Ostatnie osiem tygodni notowań to okres wyjątkowego marazmu na GPW. Indeks WIG20 porusza się w trendzie bocznym, który od miesiąca ogranicza się do przedziału 1312-1361 pkt.
Odnośnie do interpretacji tej tendencji ścierają się dwie koncepcje analityczne. Pierwsza z nich mówi, że ostatnie notowania to korekta zapoczątkowanych we wrześniu zeszłego roku wzrostów. Zgodnie z takim postrzeganiem wykresu WIG20, trend boczny (z lekkim odcieniem spadkowym) trwa nawet od 25 stycznia i przybiera kształt klina zniżkującego. Wybicie z tej formacji powinno nastąpić górą, po przełamaniu spadkowej linii trendu, która znajduje się na poziomie 1360 pkt. Na wczorajszej sesji byki nieskutecznie próbowały uporać się z tą barierą. Nie odbiera to w żadnym razie szans na wybicie górą z klina, ponieważ do tej pory w ramach formacji trend zmieniał się czterokrotnie. Najczęściej klin składa się z pięciu fal - moglibyśmy zatem mieć teraz do czynienia ze spadkiem do dolnego ograniczenia figury (1300 pkt.) i dopiero stamtąd nastąpiłby właściwy atak byków. Wybicie w górę oznaczałoby wzrost WIG20, przynajmniej do punktu, skąd formacja zaczęła się kształtować - 1464 pkt.
Druga koncepcja mówi, że trend wzrostowy zakończył się wraz ze spadkiem indeksu w lutym tego roku poniżej linii trendu. Ostatnia konsolidacji jest, zgodnie z tą interpretacją wykresu, korektą fali spadkowej zapoczątkowanej w końcu stycznia. Wybicie z niej powinno nastąpić dołem, a sygnałem będzie przełamanie 1300 punktów.
Jestem zwolennikiem tej drugiej interpretacji wykresu WIG20. Uważam, że tak wąskie grono spółek, jakie bierze (brało) udział w trendzie wzrostowym, wskazuje na korekcyjny charakter zapoczątkowanej we wrześniu zeszłego roku zwyżki. W czasie jej trwania wartość WIG20 wzrosła prawie 50%, a zwyżka ta nie została poprzedzona żadną konsolidacją.
Indeks Cenowy Parkietu, w którym wszystkie spółki notowane na GPW mają równy udział, spadł we wtorek poniżej dna z października zeszłego roku, notując najwyższą wartość od ponad trzech lat.