W ubiegłym tygodniu indeks cenowy, odzwierciedlający zachowanie szerokiego rynku akcji na GPW, spadł poniżej minimum z października zeszłego roku. Równocześnie WIG20 nadal oscyluje na poziomie o 30% wyższym od dotychczasowego dna bessy. W historii warszawskiej giełdy jeszcze nie zdarzyła się sytuacja, by tego typu dywergencja poprzedzała silny wzrost rynku. Wprost przeciwnie.
Można wskazać przynajmniej dwa przykłady z przeszłości, kiedy załamywanie się koniunktury na szerokim rynku poprawnie sygnalizowało wysychanie popytu i poprzedzało spadki cen akcji również największych spółek.
Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia wiosną 1998 roku oraz na początku 2001 roku. Kreślenie historycznych analogii jest oczywiście wysoce zawodną metodą analizy. Obecny brak popytu na akcje mniejszych spółek wcale nie musi przełożyć się na osłabienie kursów akcji największych firm, na których skoncentrowane jest zainteresowanie ze strony OFE. Warto jednak pamiętać o historycznych precedensach, gdyż obecna sytuacja może po prostu sygnalizować przygotowania rynku do materializacji bardziej pesymistycznych scenariuszy makroekonomicznych niż te, na podstawie których wyceniane są obecnie pozostające w kręgu zainteresowania inwestorów instytucjonalnych największe spółki.
Bardzo silne w ostatnim okresie zachowanie wielu emerging markets sugeruje, że inwestorzy powoli godzą się z myślą, iż główne zachodnie giełdy mają przed sobą wieloletni okres słabej koniunktury, a okazji inwestycyjnych trzeba poszukiwać w krajach peryferyjnych, wielokrotnie przecenianych w latach 1994-2001.
Niestety, w przypadku naszego kraju zbyt wiele wydaje się jednak zależeć od losów globalnego ożywienia gospodarczego, które z kolei jest niemożliwe bez utrzymania wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych. Jak przyznał zaś w swym środowym wystąpieniu Alan Greenspan, kwestia trwałości obecnego ożywiania gospodarczego ciągle nie jest jeszcze przesądzona.