Prokuratura zarzucała Merrill Lynch, że w okresie technologicznej hossy z końca lat 90. i na początku 2000 r. analitycy firmy praktycznie nie rekomendowali sprzedaży akcji spółek tego sektora. Spitzer sugerował też, że między działami banku zajmującymi się analizami oraz działalnością inwestycyjną istniały ścisłe powiązania. Według prokuratora, opinie analityków w praktyce promowały działalność własnej firmy, będącej jednym z głównych emitentów akcji na rynku pierwotnym w USA oraz liderem w dziedzinie fuzji i przejęć.
Merrill Lynch kategorycznie odpierał zarzuty, ale trudno było mu się wytłumaczyć z wewnętrznych e-maili swoich pracowników działu analiz, którzy w czasie technologicznej hossy określali akcje spółek internetowych jako nic nie warte śmieci. Tymczasem oficjalnie analitycy zajmujący się sektorem nowych technologii pod kierownictwem Henry`ego Blodgeta utrzymywali rekomendacje "strong buy" lub "buy" dla akcji tych spółek.
Zgodnie z umową z nowojorską prokuraturą, Merrill Lynch zobowiązał się do ujawnienia powiązań części inwestycyjnej oraz fuzji i przejęć firmy z działem analiz. Bank ma także publikować dane statystyczne dotyczące rekomendacji analityków wobec ocenianych spółek. Od tej pory inwestor będzie wiedział, wobec jakiej części spółek bank inwestycyjny utrzymuje zalecenia "strong buy", "buy", "neutral" (hold) oraz "reduce/sell". W czasie internetowej gorączki praktycznie tych dwóch ostatnich rekomendacji nie wydawano.
Zawarcie umowy było na rękę obu stronom. Mimo żmudnego śledztwa, prokurator Eliot Spitzer nie dysponował stuprocentowymi dowodami, gwarantującymi wygranie sprawy sądowej. Merrill Lynch z kolei chciał za wszelką cenę uniknąć długiego procesu, który przedstawiłby dom maklerski w niekorzystnym świetle.
Nie ulega wątpliwości, że śladem ML pójdą także inne wielkie banki inwestycyjne. Rozpocznie się wyścig o jak największą "przejrzystość" działalności analityków. Prokurator Spitzer nie ukrywa, że Merrill Lynch jest tylko jednym z przykładów tego, co dzieje się w innych domach maklerskich.