Jeszcze 10 dni temu mogło się wydawać, że amerykański rynek technologiczny wszystko, co najgorsze, ma już za sobą. Indeks Nasdaq Composite wyhamował spadki tuż powyżej średnioterminowego wsparcia na wysokości 1716 pkt., co samo w sobie należało traktować jako sygnał zapowiadający, przynajmniej chwilową, poprawę klimatu inwestycyjnego.

I rzeczywiście, nastroje na rynku poprawiły się... na chwilę. Bowiem już 17 kwietnia br. podaż odzyskała kontrolę nad rynkiem. Nie zważając na utworzoną kilka dni wcześniej formację odwrócenia trendu, a także lukę hossy na poziomie 1762-1779 pkt., niedźwiedzie doprowadziły do sześciu kolejnych spadków, co ponownie sprowadziło indeks w rejon lokalnego dołka z 21 lutego (1716 pkt.). Tym samym popyt znalazł się w bardzo ciężkiej sytuacji. Bowiem byle powód może doprowadzić do przełamania tego, jakże ważnego, średnioterminowego wsparcia. Gdyby do takiej sytuacji doszło, należałoby oczekiwać przyśpieszenia spadków, aż do minimów ustanowionych po zamachach z 11 września 2001 roku (okolice 1400 pkt.).

Realizację takiego scenariusza potwierdza nie tylko wygląd wykresu, ale także układ średnich czy też innych wskaźników, potwierdzających dominację strony podażowej. Warto tu zwrócić szczególną uwagę na tygodniowy MACD. Indykator ten bowiem najpierw przerwał 8-miesięczny trend wzrostowy, odbijając się od poziomu równowagi, a następnie wygenerował średnioterminowy sygnał sprzedaży, przecinając od góry swoją linię sygnalną. Co prawda, w międzyczasie podjęta została próba zanegowania tego sygnału, lecz wraz z zapoczątkowanymi w marcu spadkami spaliła ona na panewce.

Nie bez kozery opisuję właśnie ten wskaźnik. Otóż takie zachowanie, jak to opisane wyżej, jest charakterystyczne dla pierwszych fal wzrostowych, które następnie w całości są znoszone. Statystyki pokazują, że zjawisko to ma miejsce aż w 70% przypadków. Dlatego też można założyć, że teraz będzie podobnie i Nasdaq Composite ponownie przetestuje zeszłoroczne minima. Oczywiście, wcześniej korygując ostatnie spadki.