Ponad 7 godzin męczącej sesji tylko po to, by skończyć 1 pkt. nad piątkowym zamknięciem. Choć nie jest to żadne osiągnięcie, to jednak warto odnotować fakt, że utrzymaliśmy poziomy z poprzedniej sesji mimo dość sporej przeceny w USA. Otwarcie było wprawdzie 6 pkt. niżej, ale ważniejsze jest, jak rynek kończy, a nie jak zaczyna. Wzrost możliwy był głównie dzięki Pekao i TP SA, które prawie przez całą sesję systematycznie pięły się do góry, ciągnąc za sobą indeks i kontrakty.

Ogólnie było jednak bardzo nudno. Zmienność kontraktów na sesji nie przekroczyła 10 pkt., a obroty były jedne z najniższych w ostatnich... latach. Marazm mocno wymęczył inwestorów przez ostatnie tygodnie i wydawało się, że gorzej być już nie może. Wczorajsza sesja udowodniła, że jednak może. Nie wyobrażam sobie czwartku. Na sesji obligatoryjnie zostaną jedynie niektórzy zarządzający i inwestorzy posiadający otwarte duże pozycje. Większość wyjechała już w piątek i tak niska zmienność nie zachęci ich do powrotu na parkiet. Może jednak majowe święto paradoksalnie wyciągnie nas z tego kilkumiesięcznego marazmu? Może będzie to odpowiednik takiej giełdowej paniki, po której ostatni optymiści wątpią w możliwość zwyżek? Zapewne coś w tym jest, bo nie wyobrażam sobie sesji nudniejszych niż wczorajsza (i ewentualnie następne w tym tygodniu).

O sygnałach technicznych nie ma co wspominać. Tak kosmetyczne zmiany nie wpłynęły na obraz rynku. Dalej mamy horyzont, w którym byki będą bronić luki hossy na 1295-1310 pkt., a podaż ustawi się w okolicach linii trendu i szczytów na 1366 pkt. Tylko chyba jakieś nieoczekiwane zdarzenia mogłyby w tym tygodniu spowodować wyjście poza ten rejon. Na razie pozostaje do znudzenia powtarzać najodpowiedniejszą na ten okres rekomendację "wytrzymaj".