Euforyczne nastroje ze środowej sesji w USA nie zostały niestety przeniesione na nasz parkiet. Kontrakty terminowe na WIG20, po otwarciu o kilka punktów na plusie, zaczęły spadać wraz z giełdami zachodniej Europy, gdzie inwestorzy tradycyjnie większą wagę przywiązywali do bieżących nastrojów na rynku terminowym za oceanem niż do historycznych notowań.
Ostatecznie więc sesja zakończyła się na poziomie 1308 pkt. czyli o 7 pkt. niżej niż w środę. Zmienność po raz kolejny była stosunkowo mała, obroty znalazły się na żenująco niskim poziomie, a wzrosty na rynku kasowym były neutralizowane przez ruchy bazy. Sesja nie zmieniła więc obecnego układu sił na parkiecie i trudno się doszukać wyraźnych czynników, które mogłyby pomóc naszemu rynkowi wyrwać się z trwającego od dłuższego czasu marazmu. Mogłyby nim być skonsolidowane raporty kwartalne, które w dużej części zostaną opublikowane w przyszłym tygodniu, ale ostatnie dni pokazały, iż wpływ wyników dużych spółek na notowania jest ograniczony. Przy takich obrotach jak w ostatnim czasie łatwo bowiem jest bronić kursów przed większymi spadkami, a na wywołanie silniejszego ruchu w górę "obrońcy" naszego rynku mają chyba za mało środków. Co więc nas czeka?
Scenariusz optymistyczny to bardzo dobre wyniki połączone z potwierdzeniem wzrostów w USA i wtedy początek ruchu w górę, wywołany między innymi kapitałem zagranicznym. Scenariusz pesymistyczny to wyniki zgodne z oczekiwaniami, uspokojenie nastrojów w USA i dalsze opadanie. Ta druga możliwość wydaje się bardziej prawdopodobna, a wtedy przełamane zostanie wsparcie w postaci luki hossy z początku roku na poziomie 1295 pkt. i otworzy się pole do zniżki w okolice 1150-70 pkt. Spadki będą jednak raczej powolne.