O co chodzi z tym kursem walutowym? Dlaczego eksponowani funkcjonariusze państwowi, nieustający krytycy nadmiernej aprecjacji, w ciągu niespełna dwóch dni najpierw doprowadzili do poważnego osłabienia złotego, a później do jego wzmocnienia? Czy po to zwołuje się konferencje prasowe ministra finansów, żeby rynki finansowe miały się zastanawiać, co pan wicepremier właściwie powiedział? I po co?
My tego nie wiemy. Rząd napiął się, postraszył inwestorów, a później ustami ministra finansów wydał z siebie niezdecydowane mruknięcie. Trudno się w tym rozeznać. Nie sposób logicznie objaśnić.
Z mętnawych wywodów ministra finansów wynika, że chodzi o zwiększenie ryzyka kursowego. Przy reżimie free-float ma ono być jakoby mniejsze niż przy dirty floating. To prawda, jeśli chodzi o kilka miesięcy. Na dłuższą metę jest jednak - oczywiście - odwrotnie. Uwiązanie kursu (peg) z pasmem wahań, czy też dyskrecjonalne przyjęcie dopuszczalnych poziomów odchyleń, redukują przecież ryzyko kursowe. Niepewność rynku przy kursie uwiązanym (w dowolnej postaci) staje się zdecydowanie mniejsza niż przy reżimie płynnym, natychmiast po tym, jak rynek rozezna tolerowane przedziały wahań lub poziom uwiązania kursu.
Trudno dociec, dlaczego minister finansów, mówiąc o potrzebie zmiany polityki kursowej, tak mocno akcentował konieczność odejścia od zasady nieinterwencji banku centralnego na rynku walutowym, skoro możliwość podejmowania interwencji implicite ujmowana jest od kilku lat w założeniach kolejnych polityk pieniężnych NBP. Interwencje walutowe nie są więc z definicji wykluczone. One nie były po prostu od kilku lat podejmowane, bo bank centralny nie widział ku temu powodów, wykorzystując deprecjację dla szybkiej dezinflacji. Teraz, jak wolno domniemywać, to rząd miałby bankowi wskazywać konkretny moment dla obligatoryjnego przeprowadzenia interwencji. Oznaczałoby to, odejście od strategii bezpośredniego celu inflacyjnego na rzecz nominalnej kotwicy kursowej. I to ma być ta drobna zmiana zaproponowana pod banalnym hasłem "odejścia od nieinterwencyjnej ortodoksji"?
Idźmy dalej. Dlaczego minister finansów sięga po wyświechtany przez lepperowców argument, że zmiana reżimu kursowego powinna zniechęcać do Polski inwestorów portfelowych? Ja się pytam: to kto nam wtedy sfinansuje deficyt? Dziadek Mróz? Deficyty będą duże. Prywatyzacje - małe. Spekulanci powinni być dla pana ministra finansów na wagę złota.