Ostatnie trzy tygodnie na GPW upłynęły pod dyktando niedźwiedzi. Słabość naszego rynku, zniechęcająca do aktywniejszego podejmowania ryzyka, prawdopodobnie tylko dlatego nie przerodziła się w gremialny odwrót od akcji, że nie wygasła jeszcze nadzieja na ratunkowe działania funduszy emerytalnych. Koniec kwartału często prowokował inwestorów instytucjonalnych do działań mających na celu sztuczne podreperowanie bilansów. Oczekiwanie na takie kroki to już tradycja, ale chyba nic poza tym. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatnio przewidywania tego typu bardzo rzadko się sprawdzały, przynajmniej jeśli chodzi o szeroki rynek.
W tej chwili najwyraźniej są rozbieżności między poszczególnymi OFE, albo po prostu nasze fundusze są za słabe, aby utrzymać rynek (nie mówiąc już o tym, żeby wydźwignąć go na wyższy poziom). Główną przeszkodą jest fatalna sytuacja na giełdach zachodnich, a zwłaszcza w USA. Przedwczoraj nastąpiła kolejna odsłona tragedii zapoczątkowanej przez aferę Enrona. Tym razem przykład kreatywnej księgowości pochodził ze spółki WorldCom, a mówi się o kwocie 3,8 mld dolarów. Kryzys zaufania do zarządów spółek i audytorów to być może najgorsza rzecz, jaka mogła wydarzyć się na rynku kapitałowym. Trudno chyba o bardziej przekonujący powód nieangażowania się w akcje, gdy praktycznie dowolna spółka może okazać się wielkim blefem. Jeśli inwestorzy amerykańscy nie utrzymają nerwów na wodzy, to może być niewesoło. Gdy tak się stanie, to również nasz rynek czeka jeszcze gwałtowna przecena.