Pierwszym posunięciem, które proponował - na łamach "Trybuny" i "Przeglądu" - Grzegorz Kołodko, była 15-proc. dewaluacja złotego wobec euro. Wtedy gdy pojawiła się ta propozycja, pod koniec maja, euro kosztowało 3,7904 zł, a dolar - 4,0924 zł. Zdaniem Grzegorza Kołodko, kurs euro po tej operacji powinien sięgnąć 4,35 zł za euro.
Najpierw pobudzić produkcję
Kolejnym etapem miało być wprowadzenie sztywnego kursu złotego wobec euro. Pozwoliłoby to uniknąć inflacji, gdyż po przejściowym jej wzroście o 1,5-2 pkt. proc. spadłaby do poziomu unijnego. Ta operacja z jednej strony spowoduje poprawę sytuacji eksporterów i dzięki wzrostowi ich konkurencyjności doprowadzi do ekspansji i "kilkunastoprocentowego tempa wzrostu eksportu". Z drugiej jednak strony spowoduje to podrożenie importu. Produkty zagraniczne przestaną być konkurencyjne wobec towarów rodzimych, co zwiększy produkcję krajowych wytwórców. Wzrost produkcji zwiększy też zatrudnienie.
Konieczne byłoby także zwiększenie deficytu budżetowego. Kołodko zwraca uwagę, iż przy wzroście produkcji o 5-7% gospodarka zacznie się dusić ze względu na kiepską infrastrukturę transportową i komunikacyjną. Konieczne są więc inwestycje infrastrukturalne, które w większości musiałby sfinansować budżet. Wymagałoby to m.in. zmiany jego struktury.
Wiele podobieństw