Wynik piątkowej sesji może robić wrażenie. Dawno nie widzieliśmy ponad 2-proc.

wzrostów na kontraktach i indeksie. Cyferki jednak nie oddadzą prawdziwego obrazu rynku. Wzrost taki był możliwy tylko dzięki czwartkowej, nieco panicznej przecenie. Wczorajsze odbicie było powrotem w rejon wcześniejszej konsolidacji i drobnym nietaktem byłoby zachwycanie się wzrostem 37 pkt. od dna ostatniej przeceny, która zabrała bykom sporo ponad 200 pkt.

Warta zauważenia jest ostatnia powtarzalność wzrostu w ostatni dzień tygodnia. Nawet w środku fali spadkowej, przy pogarszających się perspektywach, inwestorzy próbowali wykorzystać piątek do podciągnięcia rynku. Wolałbym opierać się na faktach, ale taką prawidłowość można przypisać działalności funduszy emerytalnych, które w środę i czwartek dostają przelewy z ZUS. Akurat w tym tygodniu zostały wyjątkowo hojnie obdarowane kwotą prawie 400 mln zł i podejrzewam, że tym razem kapitału lub atmosfery starczy na coś więcej niż tylko kolejny, mało istotny epizod w spadkowym dramacie.

Obecnie istnieje szansa na jakąś nieco większą korektę, która przy tak długim trendzie spadkowym okazać się może dość znaczącym ruchem. Warto wyraźnie podkreślić, że ewentualny wzrost należy rozpatrywać tylko w kategoriach korekty, po której wrócimy do trendu spadkowego lub przynajmniej raz jeszcze przetestujemy minima, co akurat byłoby wersją optymistyczną. Podaż powinna ustąpić w momencie przebicia linii trendu spadkowego, której przejście byłoby jednocześnie pokonaniem 55-sesyjnej średniej kroczącej. Przy braku przecen na zachodnich rynkach, korekta sięgnąć mogłaby nawet luki bessy. Dopiero przejście tego poziomu zmieniłoby średnioterminowy negatywny obraz rynku. Szkoda tylko, że nie poprawi to jeszcze fundamentów polskich spółek.