W ostatnich latach obserwowaliśmy gwałtowny wzrost liczby nowych zakładów ubezpieczeń - od 1995 r. działalność operacyjną rozpoczęły 34 podmioty. Jednak tempo zakładania nowych spółek systematycznie maleje. W 1999 r. minister finansów wydał 12 zezwoleń na prowadzenie działalności ubezpieczeniowej. W 2000 r. licencję otrzymało sześć podmiotów, w 2001 r. zaś już tylko trzy. W pierwszym półroczu 2002 r. minister nie wydał żadnego zezwolenia dla nowej firmy ubezpieczeniowej. O tym czy są jakieś wnioski, Ministerstwo Finansów oficjalnie milczy. Nieoficjalnie wiadomo, że zainteresowanie rozpoczęciem działalności w Polsce nowych inwestorów jest minimalne. Do resortu wpływa za to coraz więcej wniosków o wydanie zezwolenia na przejęcie udziałów w już działających firmach. Pochodzą one od inwestorów, którzy nie byli jeszcze obecni na polskim rynku, lecz większość z nich dotyczy połączeń firm. Inwestorzy zdali chyba sobie sprawę, że rzeczywisty potencjał polskiego rynku ubezpieczeń dobrowolnych to 2-3 miliony klientów indywidualnych, a ci w większości wykupili już polisy. Teraz firmy mogą rosnąć jedynie kosztem swoich konkurentów, a przecież nikt nie odda swojej pozycji bez walki. Jedynym wyjściem jest zwiększenie poprzez fuzje skali działalności, co prowadzi do redukcji kosztów i może uczynić dotychczasowe inwestycje bardziej opłacalnymi.
Duża koncentracja
Obecnie zezwolenie ministra finansów na prowadzenie działalności ubezpieczeniowej posiadają 72 firmy. Jednak pomimo gwałtownego wzrostu liczby nowych zakładów ubezpieczeń w ostatnich pięciu latach, dekoncentracja krajowego rynku postępuje powoli. Liczby są nieubłagane. Według wstępnych danych Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych na koniec marca 2002 r., udział dziesięciu największych towarzystw majątkowych w składce działu wynosił 91,7%, sprzedających polisy na życie zaś aż 96,3%. W przypadku sektora ubezpieczeń majątkowych i osobowych jest to oczywiście wynik zaszłości historycznych. Przed 1990 r. na polskim rynku działały zaledwie dwie firmy: PZU i Warta. W sektorze ubezpieczeń na życie przed 1989 r. jedynym podmiotem uprawnionym do sprzedaży polis było PZU (potem portfel przeniesiono do wyodrębnionej spółki PZU Życie), przez co udział firmy w rynku był przez kilka lat zbliżony do 100% (z PZU próbowała rywalizować Westa Life, ale została postawiona w stan likwidacji po ogłoszeniu bankructwa jej spółki-matki Westy). Dopiero pojawienie się na początku lat 90. amerykańskiego Amplico Life, a zwłaszcza brytyjskiego Commercial Union zmieniło obraz polskiego rynku. Obie zagraniczne firmy szybko zdobyły zaufanie i kieszenie polskich klientów (z czasem dołączyło do nich holenderskie ING Nationale-Nederlanden). Skutek? Cztery największe firmy mają obecnie blisko 90-proc. udział w krajowym sektorze ubezpieczeń na życie, pozostałymi 10% musi podzielić się aż 30 firm.
Na bakier z arytmetyką
Skąd zatem tak duży optymizm u inwestorów, skoro w ciągu ostatnich siedmiu lat na polskim rynku pojawiły się aż 34 podmioty? Czyżby nie zdawali sobie sprawy, że w warunkach tak dużej koncentracji zdobycie jakiegokolwiek portfela będzie słono kosztować i może zająć bardzo dużo czasu? Analitycy rynku przyznają, że większość biznesplanów przygotowanych przez inwestorów wchodzących na nasz rynek nie miała oparcia w rzeczywistości zwłaszcza jeśli chodzi o potencjał rynku. Rzekomą atrakcyjność rynku wywodzono z prostego porównania wysokości składki na jedną osobę w Polsce i np. w Szwajcarii oraz liczby mieszkańców naszego kraju. Przepaść była ogromna, a różnica miałaby wskazywać na właściwie nieograniczone możliwości pozyskiwania składek. Ogromna dynamika pozyskiwanej składki (zwłaszcza w ubezpieczeniach na życie), z jaką mieliśmy do czynienia jeszcze trzy-cztery lata temu, wprawiła wiele zarządów w zachwyt. Co chwila licytowano się, kto i kiedy znajdzie się w pierwszej piątce ubezpieczycieli pod względem zbieranej składki brutto. Gdyby zsumować udziały procentowe w rynku, jakie wchodzące do Polski firmy zamierzały zdobyć w krótkim okresie (najczęściej 3-5 lat), z udziałami towarzystw już działających, to ich wartość grubo przekroczyłaby 200%.