Załamanie koniunktury w ubezpieczeniach spowodowało, że w miejsce panującego jeszcze rok, dwa lata temu powszechnego optymizmu na rynku ubezpieczeniowym (przejawiającego się m.in. ekspansywnym rozwojem sieci sprzedaży) zaczynają pojawiać się głosy o konieczności zwiększenia efektywności działania stworzonych już struktur. Trudno znaleźć dzisiaj firmę, która zamierza w krótkim czasie otworzyć kilkadziesiąt oddziałów w całej Polsce, wybudować nową okazałą siedzibę i zatrudnić kilkudziesięciu nowych pracowników. Wygląda na to, że w związku z nie najlepszymi prognozami na ten rok, a pewnie i przyszłe lata, hasło optymalizacji kosztów działalności na trwale zagości w języku polskich ubezpieczycieli.
Czas ograniczania kosztów
Mimo że coraz więcej krajowych zakładów ubezpieczeń zaczyna przynosić zyski, to ich poziom nadal pozostawia wiele do życzenia. Zdaniem analityków, osiągnięta poprawa wyników finansowych jest przede wszystkim efektem wdrożenia procesów restrukturyzacyjnych. To jednak dopiero początek drogi. Wygląda na to, że zarządy będą zmuszone do podjęcia bardziej radykalnych działań, osiągana bowiem obecnie rentowność w okolicach zera nie znajdzie raczej w dłuższym okresie uznania inwestorów. Zdaniem analityków, redukcje będą dotyczyć prawie wszystkich pozycji kosztowych, w tym płac. Według zweryfikowanych danych Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych za 2000 r., udział wynagrodzeń w kosztach administracyjnych wyniósł 44,9%. Jeżeli uwzględnimy dodatkowo część z wydatków (28% kosztów administracyjnych) na tzw. usługi obce (część firm wypłaca w ten sposób pensje pracownikom, uciekając od obowiązkowych narzutów na wynagrodzenia), to okaże się, że koszty osobowe przekraczają 50% wydatków administracyjnych. Zdaniem analityków, ubezpieczyciele nie zdecydują się raczej na redukcję wydatków na usługi obce. Pod tą pozycją kryją się bowiem wydatki na czynsze, reklamę i materiały promocyjne, szkolenia agentów, a więc koszty szczególnie wrażliwe w sytuacji kurczenia się rynku.
Przykład idzie z góry
Sektor ubezpieczeniowy, inaczej niż bankowy, na razie uchronił się przed poważniejszymi redukcjami zatrudnienia, także wynagrodzenia rosły szybciej niż inflacja. Nie oznacza to jednak, że pracownicy mogą spokojnie patrzeć w przyszłość. Dotyczy to zarówno kadry zarządzającej, jak i personelu firm ubezpieczeniowych. Właściciele, a za nimi zarządy, stawiają sprawę jasno: alternatywą dla zwolnień może być wyłącznie zwiększenie efektywności. W tych trudnych czasach nie ma co liczyć na zbiorowe podwyżki płac, jeśli już to najwyżej na indeksację. Tendencję do ograniczania wzrostu wynagrodzeń w firmach ubezpieczeniowych można było z resztą zaobserwować już w 2001 r. Według danych KNUiFE, średnie podstawowe wynagrodzenie brutto (po odjęciu składek na ubezpieczenie społeczne obciążających pracowników) w zakładach ogółem wzrosło o 10,8%, do 2685,2 zł. Jeśli uwzględnimy premie i inne dodatki, wynagrodzenie będzie oczywiście wyższe (5 158,33 zł), jednak wzrost płac będzie już zdecydowanie niższy i wyniesie tylko 2,4%. Wygląda na to, że przykład do samoograniczania apetytów płacowych idzie z samej góry. W 2001 r. średnie miesięczne podstawowe wynagrodzenie członków zarządu wyniosło 21 676,6 zł i było wyższe o 3,3% niż rok wcześniej. Co ciekawe, ze statystyk nadzoru wynika, że sytuacja prezesów firm jest nie do pozazdroszczenia. Wygląda na to, że wraz z pogarszającą się sytuacją rynkową, rady nadzorcze nie są już tak hojne w przyznawaniu premii i dodatków motywacyjnych. Wprawdzie są one ciągle wysokie (średnio 9605,5 zł miesięcznie), ale zmniejszyły się blisko o 30% w porównaniu z 2000 r. Oznacza to, że w ciągu ostatniego roku portfele członków zarządów skurczyły się nominalnie o 9,4% (a gdzie inflacja?).Doceniane kadry