Co Pan zastał w EBI przychodząc do spółki w ramach kontraktu menedżerskiego w czerwcu 2000 roku?
Sytuacja ekonomiczno-finansowa spółki była zła. W 1999 r. zanotowała stratę. Późniejsze kontrole wykazały, że była ona znacznie większa, niż pierwotnie podano. Spółka praktycznie utraciła płynność finansową, a rozpoczęte inwestycje deweloperskie zostały wstrzymane.
Od czego zaczął Pan urzędowanie?
Euro Bud Invest wymagał restrukturyzacji zadłużenia. Wraz ze specjalistą z Banku Śląskiego opracowałem biznesplan do 2003 r. Zaproponowałem także połączenie EBI z jego spółką zależną RPBI. Jednak tych planów nie dało się zrealizować bez przypływu kapitału. Nową emisję akcji serii E miało przeprowadzić biuro maklerskie PKO BP, a jego doradcy podjęli się rozmów z bankami-wierzycielami. Niestety, bank nie dotrzymał obietnicy i w grudniu 2000 roku wycofał się z projektu bez podania przyczyn. Cała moja ośmiomiesięczna praca przy ratowaniu spółki poszła na marne. Oczywiście, nie chcę gloryfikować swoich zasług, ale plan sanacji był naprawdę realny i w 2003 r. firma mogłaby mieć pierwszy zysk operacyjny. Jednak w półtora roku po moim odwołaniu dokładnie sprawdza się mój czarny scenariusz, który przewidywałem na wypadek niepowodzenia emisji akcji.
Czyli za obecną sytuację firmy wini Pan głównie PKO BP, który zrezygnował z objęcia akcji i uniemożliwił pozyskanie kapitału?