Ostatnio bardzo modne są sporty ekstremalne. Canionig, rafting, hydrospeed, paragliding to tylko niektóre z nich. Dla szukających większych wrażeń można polecić jazdę trabantem po wybrukowanej ulicy z podwieszonym ładunkiem wybuchowym albo jacuzzi w towarzystwie wygłodniałych piranii.
"Trendy" jest także trucht ulicami hiszpańskiej Pampeluny razem z symbolami giełdowej hossy - rozjuszonymi bykami. Ponieważ, jak co roku, ten przyjemny sport kończy się ostatecznie rzezią tych sympatycznych zwierząt, łatwo w ten sposób wywołać giełdową bessę. A dzięki niej można uprawiać sport dla prawdziwych twardzieli - łapanie dołków. Wyzwala on taką ilość adrenaliny u zawodników, że można się nią śmiertelnie zachłysnąć.
Każdy inwestor w trakcie fiesty symbolu bessy - niedźwiedzi - marzy o tym, by złapać dołek, oczywiście, nie chodzi o dołek psychiczny, ale giełdowy. A polega to mniej więcej na tym, by wyczuć moment odwrócenia się koniunktury na giełdzie i "zapakować" się w akcje przed odjazdem indeksów w górę. Później można się chwalić idealnym wstrzeleniem i przyglądać pęczniejącemu portfelowi.
Choć mało kto się do tego przyznaje, łapanie dołków uprawia sporo osób, a jest to sport wymagający nie lada przygotowania psychofizycznego, poświęcenia oraz kasy. Zawodników uprawiających tę dyscyplinę gwałtownie przybywa w momentach długotrwałych spadków na giełdach, gdy po każdym obsunięciu się indeksu akcje wydają się już tak niewiarygodnie tanie, że już tańsze być nie mogą.
Łapaczy dołków można podzielić na pięć kategorii.