Wiem, wiem. Wygląda jakbym ironizował. Ale - tym razem ;-) - nic z tych rzeczy. Na serio chcę pochwalić giełdę. Za koncepcję wprowadzenia do obrotu instrumentów pochodnych na akcje amerykańskie (PTCR). A pochwalę GPW jeszcze bardziej, jeśli planów uda się zrealizować w ciągu kilku najbliższych miesięcy - bez czekania, do przyszłego roku.

W sytuacji, gdy na parkiecie mamy bryndzę, spółki takie, że tylko płakać i nawet ostatni blue chip - Pekao SA - zaczyna niemile zaskakiwać, trzeba szukać alternatywnych sposobów na utrzymanie w Warszawie obrotu. Ponad dwa lata ciężkiej bessy sprawiły, że jedynym sektorem, który zdobył popularność, okazał się rynek terminowy. Pozwolił zarabiać na spadkach i - zapewne także przez lewary - przyciągnął rasowych spekulantów indywidualnych, co ma fundamentalne znaczenie dla płynności handlu.

Na trwały powrót na rynek kasowy trzeba poczekać do czasu poprawy kondycji samych spółek, co może potrwać... Tymczasem wykorzystajmy okazję i popularność polskich perywatów do wprowadzenia pochodnych na akcje amerykańskich gigantów. Paradoksalnie, czas wielkiej przeceny powinien ułatwić start tych instrumentów - przecena bowiem zwiększa apetyt spekulacyjny. A pochodne umożliwią pośrednie uczestnictwo w grze na rynku amerykańskim. Wierzę, że znajdzie się wielu chętnych (o ile organizatorzy nie przesadzą z prowizjami!).

No więc, bez żadnych kpin - chwalę giełdę. I trzymam kciuki za to, by udało się wprowadzić nowe instrumenty jak najszybciej. Bo nie ma na co czekać. Na razie uniknęliśmy blamażu spółek na skalę amerykańską. Niemniej kondycja wielu naszych firm, w dużej mierze będąca odbiciem zapaści gospodarki, nie pozostawia złudzeń - atrakcyjność rynku kasowego dla inwestorów długoterminowych może być jeszcze długo dyskusyjna. Trzeba więc dać ludziom jakieś alternatywne formy lokowania kapitału. Także po to, by nie zapomnieli, że mamy w Polsce Giełdę Papierów Wartościowych...

Pomysł z PTCR-ami jest naprawdę fajny. Szkoda, że to wszystko trochę późno. Liberalizacja przepływów kapitałowych może sprawić, że ci najaktywniejsi uciekną na rynki zagraniczne i do zagranicznych brokerów. Nie zdziwiłbym się, gdyby obce instytucje stosowały promocje i preferencje cenowe, by przyciągnąć naszych graczy. Nie jest to może wielka i zasobna armia, ale zawsze "świeża krew". Trzeba się więc spieszyć. Jest późno, ale tę operację można jeszcze wygrać. Oby tylko prace nie ślimaczyły się tak, jak w przypadku certyfikatów HypoVereinsbanku na dwa indeksy (amerykański i europejski), których na parkiecie wciąż nie widać.