Silna fala przeceny zmywa coraz bardziej ostatnie zyski szczęśliwych nabywców akcji spółek o największej kapitalizacji, kupionych tuż po tragedii wrześniowej w Ameryce. WIG20 znajduje się już o kilka procent od jesiennego wsparcia. 11 luk bessy, jakie powstało od końca maja na wykresie tego indeksu ma swoją wymowę. Strona podażowa wyraźnie dominuje, a ostatnio w sukurs przyszły jej rewelacje z sektora bankowego. Bez względu na specyfikę działalności spółki bankowe są uznawane za bardzo "gorący" towar, z którym ostrożnie obchodzić się powinni nawet najbardziej wytrwali inwestorzy. Z kapitalizacji rynkowej banków, które najbardziej ucierpiały na lipcowej dekoniunkturze, wyparowało 5 mld zł. Taki właśnie uszczerbek od końca czerwca zanotowali posiadacze akcji BRE, Pekao i BPH PBK.

Póki co, WIG20 systematycznie przybliża się do najważniejszego w perspektywie długoterminowej wsparcia. Bliskość tego poziomu będzie się wiązać prawdopodobnie z próbą przejęcia inicjatywy przez byki, choćby chwilowej. Na RSI i CCI widać kilkutygodniowe dywergencje. Rynek jest wyprzedany. Najlepiej to ilustruje MACD, które jest już o wiele niżej niż we wrześniu ubiegłego roku. To dość obiecujące wskazówki, że zapał sprzedających się posunął za daleko. Niestety, same w sobie nie są wystarczające do akumulowania akcji.

Spadek zaufania do akcji bankowych nie wróży niczego dobrego. Trudno wyobrazić sobie trwalsze ożywienie bez udziału przedstawicieli tego sektora, w zasadzie jedynego na giełdzie w Polsce, biorąc pod uwagę światowe realia. Inwestorzy coraz bardziej obawiają się wysypu rezerw i rewizji prognoz (zresztą słusznie) w tym sektorze.

A zatem nie pozostaje nic innego, jak czekać na test okolic 1000 pkt. W tym miejscu rozegra się decydujące starcie pomiędzy bykami i niedźwiedziami. Kłopoty banków mogą chwilowo odejść w niepamięć, o ile na rynkach zagranicznych rozpocznie się korekta. Nasza giełda nie pozostanie na uboczu wzrostów zagranicą. Problem jednak w tym, że popyt na świecie najwyraźniej ociąga się.