Już niemal przez dwa tygodnie kontrakty przebywają w trendzie bocznym. Część inwestorów narzeka zawsze, bo na rynku terminowym, by ktoś mógł zarobić, drugi musi stracić, ale trend boczny męczy dosłownie wszystkich, łącznie z biurami maklerskimi, cierpiącymi z powodu mniejszego obrotu.
Wszyscy zadają sobie pytanie, kiedy to się skończy. Wydaje się, że dopiero trwalszy wzrost indeksów zachodnich przywróciłby nieco optymizmu naszemu rynkowi i pozwolił na wybicie z konsolidacji. Obecnie mocno rozchwiane amerykańskie czy niemieckie indeksy powodują, że nawet świetne sesje na tamtych rynkach, wbrew oczekiwanej korelacji, nie przekładają się na GPW. Ostatnio bowiem często bywało tam tak, że po kilkuprocentowych euforiach następowała równie głęboka przecena. Trudno polskim indeksom naśladować takie ruchy, szczególnie ze względu na różne godziny notowań. Polscy inwestorzy czekają więc, co z tego wszystkiego wyniknie, bo mimo tak dużych zmian, większość rynków tak naprawdę stoi w miejscu.
Stawianie prognoz o dalszej konsolidacji chyba nikogo nie satysfakcjonuje, więc kierunku określać nie będę. Trzeba poczekać na wybicie poza obszar konsolidacji, który wyznacza ostatni lokalny szczyt na 1088 pkt. i poziom wcześniejszych dołków, z których najważniejszy jest, oczywiście, ten na 1025 pkt. Teoretycznie więc sytuacja jest dość jasna, choć, niestety, nie przynosi na razie żadnego zysku. Bardziej aktywni inwestorzy spróbować mogą gry "od ściany do ściany" horyzontu, co - jak widać po ostatnich - sporo osób praktykuje, a co, oczywiście, jeszcze bardziej wzmacnia wsparcia i opory. Wymarzonym rozwiązaniem byłaby jakaś korekta wcześniejszego spadku, schładzająca nieco wskaźniki i pozwalająca wrócić do pesymistycznych prognoz.