Wobec objęcia prawem spółek brytyjskich niektórzy w londyńskim City podają w wątpliwość efektywność i zasadność nowej legislacji.
Prawo - pod nazwą akt Sarbanesa-Oxleya - zostało wprowadzone na fali społecznego oburzenia kreatywnymi machlojkami szefów Enronu i WorldComu. Bardzo mocno popierał je prezydent George W. Bush. Amerykańska komisja papierów wartościowych i giełd (SEC) ostatecznie zaaprobowała prawo we wtorek. Jednak brytyjska organizacja biznesowa CBI (Confederation of Business Industry) zażądała od SEC wyjaśnień w sprawie firm brytyjskich, których dotyczyłoby nowe ustawodawstwo. Miałoby to wpływ na największe korporacje brytyjskie obecne na giełdach nowojorskich - Vodafone, BP czy GlaxoSmithKline. CBI podkreśla, iż wiele firm bardzo krytycznie podchodzi do nowego prawa. Przedsiębiorstwa niechętnie będą zatrudniać dyrektorów, którzy zgodziliby się wziąć na siebie ryzyko zarządzania dużym kapitałem - argumentuje CBI.
Przedstawicielka The Corporation of London, Dame Judith Mayhew, również z dystansem podeszła do amerykańskich pomysłów. Jej zdaniem, prawo brytyjskie ma za sobą podstawowe reformy dotyczące księgowości, dokładanie więc prawodawstwa amerykańskiego nieproporcjonalnie podniesie koszty prowadzenia biznesu w USA.- Uważam to prawo za bardzo nieszczęśliwą reakcję odruchową - powiedziała Mayhew. - Liczymy na postęp negocjacji między władzami USA a odpowiednimi ciałami w Wielkiej Brytanii po to, by nie wznosić kolejnych administracyjnych barier - dodała.
Inni biznesmeni z City są jeszcze bardziej sceptyczni. - Nie sądzę, by to się udało - uważa John Thurso, dyrektor grupy hotelowej Millennium & Copthorn. - Prawo uderza nie w tych ludzi co trzeba - powiedział w wywiadzie dla BBC. - Prawdziwymi winnymi są firmy audytorskie. Potrzebujemy audytorów, którzy odpowiadają przed akcjonariuszami, a nie przed kokietującymi ich firmami - stwierdził Thurso.