SEC bada obecnie szczegóły umowy zawartej z Welchem w momencie odchodzenia z firmy oraz warunki zrekompensowania poniesionych wydatków przez GE. Po odejściu były CEO korzystał praktycznie z wszystkich przywilejów przysługujących dyrektorom generalnym. Wynajmował luksusowy apartament na Manhattanie i latał należącym do GE boeingiem 737. Sprawa nigdy zapewne nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie rozwód Welcha. W dokumentach sądowych znalazły się dokładne opisy majątków rozchodzącej się pary. Gdy sprawa wyszła na jaw i zrobił się skandal, były szef GE zadeklarował wolę współpracy z władzami. W liście do "The Wall Street Journal" Welch stwierdził, że nie chce narażać swojej byłej korporacji na publiczną aferę i zrzekł się wielu świadczeń. Niemal równocześnie, bo w miniony weekend zarząd GE także drastycznie ograniczył przywileje przysługujące Welchowi. Koncern będzie teraz opłacał jedynie koszty prowadzenia biura i wydatki administracyjne.

Suma, jaką zaproponował Welch - 2,5 mln USD rocznie - jest jednak dużo mniejsza od rzeczywistych kosztów, z jakich będzie musiał rozliczyć się General Electric. Na przykład Welch chce zapłacić 5 tys. USD za przelot korporacyjnym samolotem z Nowego Jorku do Paryża, podczas gdy akcjonariuszy GE kosztować to będzie 15 tys. USD. SEC zainteresowana jest, czy zwrócona kwota będzie rzeczywiście odpowiadać poniesionym wydatkom.

Welch jest uważany za twórcę obecnej potęgi General Electric. Pod jego twardą ręką w ciągu dwudziestu lat roczne przychody firmy wzrosły z 13 mld USD, do 480 mld USD. Zawarty w 1996 r. kontrakt Welcha, regulujący kwestie jego przejścia na emeryturę, nikogo wówczas nie raził. Dopiero seria korporacyjnych skandali sprawiła, że rozbudowane przywileje, jakimi cieszył się były dyrektor, przestały się podobać inwestorom. GE twierdzi, że szczegóły umowy z Welchem zostały opublikowane w sprawozdaniu finansowym za 1997 r. i nie wzbudziły wówczas żadnych zastrzeżeń władz regulujących działalność spółek publicznych.