Tonący brzytwy się chwyta. Podobno. Choć na zdrowy rozum, strategia taka może prowadzić wyłącznie do wykrwawienia. A nieszczęśnik i tak utonie. Więc zamiast chwytać się brzytwy, lepiej poprawić umiejętność pływania. Teza ta chyba jest zupełnie obca japońskiemu bankowi centralnemu, który - ku osłupieniu obserwatorów - zasugerował ostatnio, że zamierza ratować kulejący sektor finansowy przez skupowanie akcji z portfeli banków komercyjnych. - Bank Japonii ryzykuje, by ratować system finansowy - krzyczała czołówka czwartkowego wydania "Wall Street Journal Europe". Emocjom trudno się dziwić, bo decyzja taka faktycznie musi szokować. Według ocen analityków, Bank of Japan (BoJ) może wydać na ten cel dziesiątki miliardów dolarów. Ba, można było nawet spotkać opinie, że ta niekonwecjonalna forma interwencji może pochłonąć astronomiczną kwotę... setek miliardów dolarów. Co w oczywisty sposób zwiększy fortunę pompowaną od lat w na razie mało efektowne ożywianie przeżywającej problemy gospodarki. Pomysł równie szokujący, co ryzykowny. I - szczerze mówiąc - świadczący o desperacji i bezradności Japończyków. Niestety, rozpaczliwe i de facto - antyrynkowe - poczynania Japończyków mogą stać się groźnym argumentem w rękach oszołomów, wedle których bank centralny powinien być dobrym wujkiem, fundującym ratunek nieudacznikom i wybrańcom.
Ale od początku. Skąd w ogóle Japończykom przyszedł do głowy pomysł na skupowanie akcji przez bank centralny? Otóż problemem Tokio jest kondycja (a raczej jej brak!) banków w tym kraju. Jednym z powodów całego zamieszania jest fakt, że banki posiadają znaczne pakiety akcji spółek, których papiery kosztują znacznie mniej niż w czasach, gdy je kupowano (jak przypomniał "Wall Street Journal", inwestycje te były przypieczętowaniem kontraktów kredytowych). Ceny rynkowe akcji spadły na łeb, na szyję, i pasztet gotowy. Aktywa banków trzeba przeszacować. W dół. Papierowe majątki topnieją. A próba ratunkowej sprzedaży akcji tylko pogłębia negatywne tendencje rynkowe. I koło się zamyka. A ponieważ nie widać za bardzo chętnych do odkupywania olbrzymich ilości akcji z portfeli banków komercyjnych, wymyślono, że ostatnią deską ratunku jest bank centralny. Który - z oczywistych względów - zupełnie się do tego nie nadaje.
Jeśli dziwaczny scenariusz zostałby zrealizowany, japoński bank centralny stałby się przymusowym akcjonariuszem wielu firm. Tokio deklaruje, że BoJ może trzymać odkupione od banków papiery przez dziesięć lat. Można więc gorzko zażartować, że Japonia funduje sobie częściową renacjonalizację wybranych firm. Co prawda, pomysłodawcy zastrzegają, że będą bronić się przed skupem akcji firm w złej kondycji, ale i tak cała operacja sprawia wrażenie groteski. Kompletnie stawia na głowie bowiem funkcje banku centralnego.
Wiem, wiem. W Polsce wielu inwestorów umarłoby ze szczęścia, gdyby jakaś mocarna instytucja upadła na głowę i odkupiła od nich np. akcje Elektrimu. Pomysł ze skupowaniem akcji przez bank centralny mógłby spodobać się także wielu naszym bankowcom, dla których obniżenie wycen rynkowych akcji oznaczało konieczność tworzenia rezerw na utratę wartości portfela. I, oczywiście - kłopot z utrzymaniem wytrwale pieszczonego wizerunku niezwykle błyskotliwych bankowców inwestycyjnych...
Miejmy nadzieję, że rozpaczliwe poczynania Japończyków nie staną się zachętą do głoszenia podobnych hasełek w innych krajach. Mnie w całej tej historii najbardziej śmieszy fakt, iż jedną z przyczyn desperackich zapowiedzi BoJ mogą być ponaglenia formułowane przez prezydenta Georga W. Busha. Według WSJE bowiem, japoński premier Junichiro Koizumi obiecał przyspieszenie rozwiązania problemu kulejącego systemu bankowego. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by Bush był faktycznie zachwycony metodą, którą wymyślili Japończycy. Bo z wolnym rynkiem ma to raczej niewiele wspólnego. A chwytanie się brzytwy w tym przypadku będzie kosztować fortunę. Ale skoro Japończycy tego właśnie chcą, to ich sprawa. My od takich pomysłów trzymajmy się jak najdalej.