Po wtorkowej gwałtownej zwyżce, w wyniku której ropa była najdroższa od roku, wczoraj jej ceny nieco spadły. Staniało też złoto.
Ceny ropy napędza przede wszystkim strach o wojnę nad Zatoką Perską, a wczoraj nastroje te uspokoiło trochę zapewnienie doradcy Saddama Husseina, że inspektorzy rozbrojeniowi będą mieli nieskrępowany dostęp do wszystkich irackich obiektów. To oddala nieco groźbę ataku, ale z kolei amerykański sekretarz stanu Colin Powell powiedział, że, zdaniem USA, najlepszym sposobem na rozbrojenie Iraku jest "zmiana reżimu w Bagdadzie".
Niektórzy analitycy uważają, że nawet bez wojny na Bliskim Wschodzie i tak wystąpi deficyt na światowym rynku ropy naftowej. Potwierdza to niejako najnowszy raport Amerykańskiego Instytutu Paliwowego, z którego wynika, że zapasy ropy w USA spadają od czterech tygodni. I w najbliższych dniach mogą zmniejszyć się jeszcze bardziej, bo u wybrzeży Zatoki Meksykańskiej szaleje huragan Isadore, co uniemożliwia wyładowanie tankowców.
Po południu w Londynie baryłka ropy gatunku Brent z dostawą w listopadzie kosztowała 28,92 USD, a więc o 0,6% mniej niż na wtorkowym zamknięciu.
Staniało też wczoraj złoto. Na popołudniowym fixingu w Londynie za uncję tego kruszczu płacono 325,15 USD, a więc o 1,15 USD, czyli o 0,35%, mniej niż we wtorek. Przyczyną było poranne ożywienie na największych europejskich giełdach.