Po ostatniej sesji tygodnia trudno oprzeć się wrażeniu, że celem czwartkowego wzrostu przy niskich obrotach, było podciągnięcie cen niewielkim nakładem środków po to, by w piątek po lepszych cenach pozbywać się większej liczby akcji. Dlatego uzasadniona jest obawa o to, że rynek, opierając się spadkom na świecie, tworzy dość złudny obraz siły. Utworzona na wykresie WIG formacja głowy z ramionami, pozwalająca traktować czwartkową zwyżkę jako ruch powrotny do linii szyi, przekonuje, że przyjdzie za to zapłacić przeceną przynajmniej o 8%. To jednak będzie oznaczać spadek WIG20 poniżej 990 pkt., a wtedy zrobi się bardzo nerwowo i posiadaczom akcji mogą puścić nerwy.

Tworzenie wizerunku odpornego na spadki parkietu skłania zapewne wielu inwestorów do postawienia sobie pytania, co jeszcze musi się wydarzyć, by nasz rynek "pękł". Rzeczywiście nie poruszyły nim przez ostatnie tygodnie ani spadki w Eurolandzie, ani w USA. W zakończonym tygodniu oparł się zniżkowej tendencji, jaka mocno dała znać o sobie w Pradze i Budapeszcie. Bez echa przeszedł mocno krytykowany przez ekonomistów budżet i bardzo wysoki deficyt ekonomiczny w nim zapisany, wypierający inwestycje prorozwojowe i ograniczający możliwość obniżania długoterminowych rynkowych stóp procentowych. Wydaje się też nieczuły na zagrożenie przesunięciem przyjęcia do UE nowej grupy państw, co stanie się w wyniku ewentualnego odrzucenia w referendum traktatu z Nicei przez Irlandczyków. Zapomniał też o trudnościach strukturalnych sektora bankowego, o których powinny przypomnieć niedługo publikowane wyniki za III kwartał. Obawiam się, iż te wszystkie czynniki kumulują się i tworzą swoistą mieszankę wybuchową. Jej lont jest krótki i bardzo wysuszony, więc wystarczy niewielka iskra do jego zapalenia. Iskra mogąca powstać nawet przypadkowo.