Cyrk przyjechał - konstatowałem po ośmieszających nasz kraj wynikach ubiegłorocznych wyborów. Niestety, dopuszczenie do najwyższych zaszczytów całej rzeszy cwaniaków, żonglujących tanimi hasełkami, przestało być już śmieszne. Cóż, pogratulować narodowi gustu... Klient chce, klient ma. Poziom śmieszności został przekroczony. Polska jest kompromitowana. Zdrowy rozsądek poniżany. Zamiast załamywać ręce, trzeba pomyśleć, jak ukręcić łeb rozkręcającej się na całego hecy.
Oczywiście, w sytuacji takiego absurdu, upadku autorytetu państwa i kompletnej impotencji jego władz, mówienie o kontynuacji reform czy polskich aspiracjach unijnych brzmi cokolwiek dziwacznie. O czym świadczy fakt, że jednym z tematów kuluarowych rozmów w czasie czwartkowego bankietu środowiska finansowego były ponownie żarty na temat, czy to już pora, by wyjechać z Polski...
Jednak, zakładając, że dotychczas składane deklaracje pozostają w mocy, priorytetem polskiej polityki jest wciąż przecież członkostwo w europejskiej Unii Gospodarczej i Walutowej. I to jest jedyna sensowna kotwica także polityki wewnętrznej. Przynajmniej do czasu, gdy naród zgłupieje do końca i - w pijanym widzie - zagłosuje jeszcze "lepiej" niż ostatnio...
No dobrze, ale na razie Unia jest aktualnym pomysłem na przyszłość Polski. A skoro tak, to aktualne pozostają także wymogi, które się z tym wiążą. Unia Europejska i wspólna waluta mają - z perspektywu kraju aspirującego - olbrzymią zaletę. Otóż, przyjęcie do tego europejskiego klubu wymaga dyscypliny, bez której nie ma mowy o równoczesnym osiągnięciu odpowiednich kryteriów finansowych. A to z kolei wymusza zachowanie rozsądku w prowadzeniu finansów publicznych. I - przynajmniej teoretycznie - powinno być wystarczającą blokadą dla działań szaleńców i nawiedzonych. (hmm, choć teoretycznie, obecność godła i krzyża w sali sejmowej też powinna zobowiązywać do zachowania godnego tego miejsca...)
OK., więc przypomnijmy, że perspektywa wprowadzenia euro oznacza konieczność spełnienia kryteriów zbieżności określonych w protokole do traktatu z Maastricht. Dla mnie, najważniejszym kryterium jest tu konieczność pilnowania poziomu długu publicznego, który nie może przekroczyć równowartości 60% produktu krajowego brutto (notabene: szkoda jednak, że Unia nie narzuca zdecydowanie ostrzejszych kryteriów). W sytuacji gdy - na skutek błędnej polityki finansowej rządu - prognozowany jest dramatyczny wzrost długu publicznego, ma to znaczenie fundamentalne.