Posłowie wpadli na pomysł, aby ograniczyć rozrzutność przedsiębiorców, bo, jak napisali w uzasadnieniu do nowelizacji ustawy o CIT, "jest powszechnie wiadomym, że w spółkach kapitałowych przychody są, w większości wypadków, konsumowane poprzez niczym nieuzasadniony poziom wysokich wynagrodzeń członków ich organów". Według poselskiego pomysłu, na cenzurowanym znaleźliby się ci, którzy miesięcznie zarabiają więcej niż 12-krotność średniego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. Projektodawcy wyliczyli, że górna granica dla takiej pensji to 26,4 tys. zł brutto miesięcznie.
Jeśli ten pułap zostałby przekroczony, wówczas firma nie będzie mogła zaliczyć tych świadczeń do kosztów uzyskania przychodów. Duże pobory pracowników oznaczałyby dla niej większe podatki. Stąd miałby się wziąć dodatkowy 1 mld zł w budżecie.
- To należy rozpatrywać tylko jako kuriozum. Ta ustawa jest kolejną próba sięgnięcia do kieszeni przedsiębiorców. Skoro w ten sposób mamy zwiększać dochody budżetowe, to od razu może zróbmy 50-proc. podatek od firm - mówi Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych.
Nowy zapis nie dotyczyłby tylko wynagrodzenia za pracę, ale także nagród oraz "świadczeń pieniężnych i niepieniężnych". Prawdopodobnie jednak nie uda się wprowadzić tych rozwiązań w życie już z początkiem przyszłego roku. Żeby tak się stało, to w ciągu dwóch najbliższych tygodni w Sejmie musiałyby odbyć się trzy czytania, potem ustawą musiałby się zająć Senat, następnie prezydent powinien ją podpisać. Jeszcze przed końcem listopada przepisy powinny znaleźć się w dzienniku ustaw. Szanse na to są nikłe, bo proces legislacyjny jeszcze się nie zaczął.