Ostatnio w jednej z gazet natknąłem się na artykuł dotyczący golfa (gry, nie samochodu). Autor dowodził w nim, że sport ten cieszy się w Polsce coraz większą popularnością, a liczba aktywnych golfistów wynosi około dziesięciu tysięcy, co oznacza około tysiąckrotny wzrost w ciągu dekady. Aż szkoda, że nie są to dane dotyczące aktualnej sytuacji na naszym rynku.
Nie będę jednak rozpisywał się na temat tej dyscypliny, jako że nie jest to rubryka sportowa (mimo że mieści się na ostatniej stronie), lecz wyjaśnię, dlaczego akurat to mnie zainteresowało. Podobną popularnością, jak teraz w Polsce, cieszył się golf w latach 80. w Japonii. Wówczas okres prosperity zmienił dotychczasowy, skromny tryb życia oszczędnych Japończyków. Konsumpcja zdecydowanie przeważyła nad tradycją, a wraz z tym pojawiła się moda na naśladowanie niektórych zachowań "ludzi zachodu", między innymi właśnie gry w golfa. Prawie wszystkie imprezy integracyjne firm odbywały się na "trawniku", a niemal jedna trzecia pracowników korporacji uprawiała ten sport. Przynależność do klubu golfowego była oznaką prestiżu. Nie liczyło się jednak samo członkostwo w byle jakiej organizacji. Oczywiście, członkowie tych najdroższych cieszyli się największym szacunkiem.
Rosnący popyt na karty członkowskie wywołał naturalnie wzrost ich cen, jednakże poziom, jaki one osiągnęły, był zdumiewający. Koszt, jaki należało ponieść, aby zostać członkiem jednego z bardziej luksusowych klubów, wynosił 3 mln USD (a mówimy o latach 80.). Ocenia się, że łączna wartość opłat członkowskich wynosiła około... ćwierć biliona dolarów. Tak gigantyczny rynek stworzył, oczywiście, pole do spekulacji. Jednym z pierwszych jej przejawów było utworzenie Indeksu Golfowego (wyliczanego na podstawie cen kart). Wskaźnik ten osiągnął w szczytowym momencie niemal 1000 pkt., co oznaczało prawie tysiącprocentowy wzrost w odniesieniu do wartości bazowej. Karty członkowskie okazały się świetną inwestycją. Niezwykle szybko zaczęły być one również honorowane przez banki jako zastaw pod pożyczkę. Za okazaniem karty można było dostać kredyt w wysokości do 80-90% wartości wpisowego. Uzyskane w ten sposób pieniądze były często inwestowane w akcje, które dawały zyski kapitałowe, przeznaczane nierzadko na kolejne karty. Powstało istne błędne koło. Wzrost wartości kart powodował zwyżkę kursów akcji i vice versa. Około tysiąca maklerów zajmowało się wyłącznie obrotem kartami członkowskimi.
Ten niezwykle lukratywny biznes szybko przyciągnął kolejnych uczestników, często nieuczciwych. Jedna z firm sprzedała ponad 15 razy więcej kart niż miała zapisane w ofercie. Strata, jaka została na tym poniesiona przez klubowiczów, nie ograniczała się do utraty przez ich organizację statusu ekskluzywnego klubu. W japońskim systemie członkowie byli równocześnie właścicielami ziemi, na której były położone tereny do gry. Oznaczało to kompletne rozwodnienie realnej wartości ich kart. To tak, jakby wyemitowano 1500% więcej akcji niż ogłoszono. Dochodziło również do komicznie absurdalnych sytuacji, jak np. taka, gdy nagle dowiadywano się, iż nabyta za ciężkie pieniądze karta uprawnia do wstępu na... publiczne pole golfowe, z definicji bezpłatne. Pomysłodawca wykorzystujący instynkt tłumu zarobił na tej operacji około 300 mln USD (zanim został aresztowany).
Cała powyżej opisana historia golfa w Japonii zakończyła się, oczywiście, pęknięciem bańki, a indeks golfowy stracił około 60%. Trudno przewidzieć, czy u nas sytuacja się powtórzy. W końcu kiedyś obiecano nam drugą Japonię, więc może teraz...?