Ropa naftowa znowu wczoraj trochę zdrożała. Tym razem powodem zwyżki cen było przekonanie uczestników rynku, że OPEC na dzisiejszym posiedzeniu w Wiedniu obniży limit wydobycia o 1,5-2 mln baryłek dziennie. Przekonanie to umocnił saudyjski minister ds. ropy Ali al-Naimi, który stwierdził, że przedłużająca się stagnacja gospodarcza na świecie i rosnące wydobycie mogą spowodować spadek cen nawet do 10 USD, tak jak to było w 1998 r. w wyniku kryzysu gospodarczego w Azji. Tak drastyczna przecena jednak ropie teraz nie grozi, bo przemawia za nią tylko spadek popytu, natomiast zbyt wiele czynników winduje jej cenę.
Tak zwaną premię wojenną, spowodowaną groźbą amerykańskiej interwencji zbrojnej w Iraku, która mogłaby zakłócić dostawy z całego rejonu Bliskiego Wschodu, analitycy szacują na 3 do 5 USD. W najbliższych dniach na rynku USA staną się odczuwalne skutki zmniejszenia dostaw z Wenezueli już drugi tydzień ogarniętej strajkiem i protestami przeciwko rządom prezydenta Chaveza. No i wreszcie stabilizująco na ceny ropy, i to na wysokim poziomie, wpływają ograniczenia wydobycia, wprowadzone od początku roku przez OPEC. Inna rzecz, że nękane kłopotami budżetowymi kraje członkowskie tej organizacji w listopadzie przekroczyły limity aż o 12%, a więc o ponad 2,6 mln baryłek dziennie. Po południu w Londynie baryłka gatunku Brent kosztowała 26,61 USD, a więc była droższa o 19 centów niż na wtorkowym zamknięciu.
Nie zmieniła się też praktycznie cena miedzi. Za jej tonę płacono na londyńskiej giełdzie 1616 USD, a więc o 6 USD mniej niż we wtorek i zdaniem analityków ten poziom odpowiada obecnemu popytowi na miedź.
Złoto zdrożało z 323,10 do 324,25 USD za uncję. Inwestorzy więcej kupowali w obawie o wyniki analizy irackiego raportu przez USA i ONZ, a także zaniepokojeni spadkami na otwarciu amerykańskich giełd.