Jeśli protest dojdzie do skutku, dojazd na Manhattan, gdzie mają siedziby nowojorskie giełdy i największe firmy finansowe, będzie bardzo utrudniony. Analitycy już przewidują, że spadnie wolumen obrotów na rynkach kapitałowych. Wiele spółek finansowych zapowiedziało przeniesienie się na okres strajku do rezerwowych siedzib, z których korzystały po 11 września 2001 r. Na przykład JP Morgan Chase skieruje swoich pracowników do biur w pobliskim New Jersey, Connecticut i w hrabstwie Westchester w stanie Nowy Jork.
Władze miejskie już zapowiedziały podjęcie nadzwyczajnych kroków, aby ułatwić funkcjonowanie 20-milionowej aglomeracji. Przez większość mostów i tuneli prowadzących na Manhattan będą mogły przejechać samochody z minimum czterema osobami. Oznaczać to będzie, że nowojorczycy będą musieli zabierać do aut zupełnie obce osoby. Część funkcji metra mają też przejąć podmiejskie kolejki dojazdowe. Burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg zapowiedział, że dotrze do pracy rowerem. Bloomberg, chociaż jest miliarderem, korzysta codziennie z metra.
Kontrakt związkowców wygasa w niedzielę 15 grudnia. Żądania The Transport Workers Union uznano za nierealne. Władze miejskie nie chcą się zgodzić na podwyżki z prostego powodu - w kasie Nowego Jorku brakuje pieniędzy, a budżetu nie można dopiąć z powodu deficytu. Nawet żądania 6-proc. podwyżki w ciągu najbliższych trzech lat (związkowcy początkowo domagali się 8%) wydają się więc nierealne.
Losy strajku mogą rozstrzygnąć się w sądzie, który zgodnie z obowiązującym prawem może nałożyć na związkowców gigantyczne kary finansowe. Tak było w 1999 r., kiedy sąd zapobiegł protestowi pracowników metra i kierowców autobusów. Ostatni strajk personelu metra odbył się w 1980 r. i na 11 dni sparaliżował życie miasta.