Ropa naftowa była w piątek najdroższa od dwóch miesięcy. Jej cena w Londynie przekroczyła poziom 27 USD za baryłkę. Bezpośrednią przyczyną tej zwyżki było wstrzymanie dostaw z Wenezueli. W wyniku przedłużającego się strajku generalnego zamknięto tam rafinerie, co zahamowało również eksport benzyny do USA. Wenezuela jest czwartym pod względem wielkości dostawcą surowej ropy i produktów petrochemicznych na amerykański rynek. Zapasy rafinatów, do których zalicza się także olej opałowy, są teraz w USA o 12% mniejsze niż przed rokiem.
Do wzrostu cen ropy przyczyniła się też niewątpliwie decyzja OPEC o ograniczeniu od 1 stycznia wydobycia do 23 mln baryłek dziennie. Jest to wprawdzie o 1,3 mln więcej, niż wynosił dotychczasowy limit ustalony we wrześniu, ale jednocześnie o 1,7 mln baryłek mniej od faktycznego wydobycia w listopadzie. Wygląda więc na to, że ministrowie przyjęli taki limit, który rzeczywiście będzie przestrzegany. Większości krajów członkowskich OPEC zależy bowiem na tym, by nie dopuścić do znacznego spadku cen, gdy jeszcze bardziej zmniejszy się popyt po zakończeniu zimy na północnej półkuli.
Po południu w Londynie baryłka gatunku Brent z dostawą w styczniu kosztowała 27,25 USD, a więc o 1,3% więcej niż w czwartek i o 6,9% więcej niż na koniec ubiegłego tygodnia.
Znacznie podrożało w piątek złoto. Uczestnicy tego rynku uznali, że groźba wojny z Irakiem jest coraz bardziej realna. Mijający tydzień na minusie skończyły największe światowe giełdy, co też skłoniło inwestorów do przenoszenia aktywów w złoto, uważane za bezpieczną lokatę właśnie na wypadek wojny i dekoniunktury na rynkach akcji. Za uncję złota na popołudniowym fixingu w Londynie płacono 324 USD, czyli najwięcej od trzech lat. Cena miedzi spadła o 13 USD i po południu jej tona kosztowała w Londynie 1609 USD.