W porównaniu z również rekordowym rokiem 2001 wpływy kin w Ameryce Północnej (USA + Kanada) wzrosły aż o 10%, do 9,2 mld USD. To zasługa zarówno coraz droższych biletów, jak też większej o 5% liczby widzów.

Aż siedem filmów przekroczyło próg 200 mln USD. Prym przy kasie wiódł "Spider-Man", który zarobił 404 mln USD (piąty film w historii). Druga część "Gwiezdnych wojen" zarobiła 310 mln USD, a również drugi film o Harrym Potterze - 240 mln USD. Zarówno ten film, jak i ekranizacja drugiej części "Władcy Pierścieni" wciąż znajdują się w dystrybucji i co tydzień przynoszą kolejne miliony.

Frekwencja w kinach osiągnęła poziom nie widziany od 1959 r., czyli z czasów, kiedy telewizja nie była jeszcze dominującym medium. Statystyki mogą być jednak mylące. Prawie 1,6 mld biletów sprzedanych w ubiegłym roku to nie to samo co 1,8 mld biletów w 1959 r. 43 lata temu statystyczny Amerykanin odwiedzał kino 10 razy w roku, teraz robi to zaledwie pieciokrotnie. Zmieniła się też populacja kinomanów - są to głównie ludzie młodzi, którzy nie skończyli jeszcze 25 lat. Dziś 80% obrotów Hollywood zapewnia zaledwie 20% populacji - twierdzą eksperci od rynku kinowego.

Amerykańskie media, w tym wpływowy "New York Times", zauważają, że superprodukcje, które przyniosły w minionym roku najwięcej pieniędzy, nie przedstawiają sobą większej wartości artystycznej. To najczęściej ekranizacje popularnych książek, a nawet komiksów. Finansowym "samograjem" są także kontynuacje hitów z poprzednich lat. Jeśli jest to inny kasowy sukces, to jest to najczęściej komedia romantyczna w rodzaju "My Big Greek Fat Wedding" lub "Two Weeks Notice". Im lepsze recenzje, tym gorsze dochody - ta zasada obowiązywała w 2002 roku. Nawet "Gangs of New York" z Leonardo di Caprio może mieć kłopoty ze zdobyciem 110 milionów dolarów, które wydano na produkcję.