Pomyślmy przez chwilę. O jakim to wspaniałym walorze nie mogą przestać myśleć najbardziej zakręceni gracze na warszawskim parkiecie? O jakim to papierze dyskutuje się najwięcej? Do jakich to akcji wzdychają wielbiciele przygód ekstremalnych? Co jest obiektem marzeń amatorów kapitałowej nekrofilii*? TAK! To piękny holding, z jakże obiecującą nazwą. Jak to tam było? Coś o M-4. Wszyscy mieli tam zamieszkać, niczym w raju. Imperium przecież rosło jak na drożdżach. A ci, którzy by nie zamieszkali, mieli zginąć marnie.
Na razie zginęli marnie ci, którzy w te wszystkie idiotyzmy uwierzyli. No, może nie wszyscy, bo ci, którzy przyczynili się do podtrzymania egzystencji giełdowego zombi, mają się - o dziwo - całkiem dobrze. W przeciwieństwie do tych szaleńców, którzy powiększali swoje pakiety, w miarę jak cena papierów coraz śmielej dążyła ku zeru. To nic, że już dość wcześnie spółka ubawiła nas bezkarną konfabulacją pt. zakup "Misia - Przyjaciela Najmłodszych". To nic, że równie intensywnie kupowała, a raczej mówiła o kupowaniu kilku drukarni. To nic, że odgrażała się procesami, gdy ktoś powątpiewał w jej "dobre" imię. To nic także, że teraz nie wiadomo, co się ze spółką dzieje. To nic, że GPW (pogratulować refleksu...) nie może się biedactwo skontaktować z emitentem. Inwestorzy kpią, że siedziba widać przeniesiona została do kafejki internetowej na gdańskim dworcu kolejowym. Co, oczywiście, źle wróży samej kafejce. Bo i ona pewnie zostanie bez kasy...
Złośliwy jestem z natury. Dla porządku więc (żeby nie było, że się tak czepiam bez powodu) podliczmy dokonania grupy bystrych inwestorów związanych z M-4. No, trzeba przyznać, że w stosunkowo krótkim okresie wyrządzili całkiem spektakularne szkody naszej giełdzie. Zaliczyć do tych szkód trzeba przede wszystkim:
- ośmieszenie statusu spółki publicznej*, podważenie wiarygodności warszawskiej giełdy* i organów nadzoru przez konsekwentne nabijanie w butelkę inwestorów kupujących akcje holdingu,
- ośmieszenie pewnego domu maklerskiego pewnego całkiem znanego banku, który - teraz wstyd pewnie przyznać - trochę tych papierków kupił,