Chciałbym bardzo serdecznie pogratulować Ministerstwu Finansów wyobraźni. Zwykle urzędnicy pozbawieni są fantazji. O urzędnikach resortu finansów nie można tego powiedzieć. Przykład idzie z góry, oczywiście. Szef ministerstwa to przecież prawdziwy oryginał. Jego pomysłowości zawdzięczamy spektakle teatralne, monodramy, które tylko z nazwy przypominają konferencje prasowe. To bez wątpienia jedna z najbarwniejszych postaci wśród naszych polityków. Ale to są sprawy znane.
W czym zatem rzecz? Wiceminister Irena Ożóg przyznała, że resort finansów skłania się do nieprzedłużania ulgi podatkowej, obejmującej zyski realizowane na giełdzie. Brawo - widać od razu, że nasza niezależna myśl ekonomiczna kwitnie i przynosi dobre owoce. Skoro inni obniżają podatki - my je będziemy podnosić. Skoro inni dwoją się i troją, aby ożywić rynek akcji - my go zdusimy, a raczej dodusimy, bo i tak ledwo rzęzi.
Trzeba wielkiej wyobraźni, aby 40-milionowy kraj pozbawiać rynku kapitałowego. Nie, nie przesadzam. Podatek dobije giełdę, odbierze inwestorom resztkę chęci do inwestowania, wymiecie z rynku najwytrwalszych jego zwolenników. Giełda zostanie platformą obrotu dla funduszy emerytalnych i może jeszcze paru instytucji - oczywiście - tylko tak długo, jak długo OFE nie będą mogły uciec za granicę. Inwestorzy indywidualni - ci, których będzie na to stać - będą lokować we Frankfurcie lub Londynie. Inni przestaną kupować akcje w ogóle.
Wiem, że urzędnicy tego nie rozumieją. Rynek kapitałowy nigdy się nie doczekał kompleksowych, spójnych i jasnych rozwiązań podatkowych. Wyobraźnia fiskusa nie ogarnia tych obszarów. Teraz przedstawiciele resortu mówią o propozycjach, które nie "utrudnią życia inwestorom". Gratuluję poczucia humoru! Podatek wcale im nie utrudni życia. Oni po prostu przestaną inwestować. Rozwiązania mają także nie tworzyć "bariery dla rozwoju giełdy". Oczywiście, bo nie będzie żadnego rozwoju.
Podobno liczba rachunków inwestycyjnych wciąż wynosi około 1 mln. Tysiące osób aktywnie lokują na giełdzie. Tysiące osób pracują w instytucjach finansowych bezpośrednio związanych z obrotem giełdowym. Dziesiątki tysięcy pracowników spółek publicznych mają akcje. Wiele firm czeka na prywatyzację. Najważniejsze miały trafić na parkiet. Byli tym zainteresowani zarówno ich pracownicy (po co sprzedawać akcje pod bramą za pół ceny?), jak i liczna rzesza inwestorów. Myślę więc, że jest nas wielu - tych, którym rozwój rynku leży na sercu, którzy chcą w Warszawie handlować akcjami, zarabiać na tym i inwestować w polskie firmy.