Mamy nowy program, nowe reality show. Publika ma to do siebie, że szybko się nudzi. Znudziła się już "Big Brotherem", "Amazonkami", i nawet "Łysymi i blondynkami" (za parę lat mógłbym wystartować, zaznaczam - nie jako blondynka). Gdzieś tam jeszcze dogorywa "Bar". Wciąż mamy "Idola", ale to już nie to. Trzeba czegoś nowego. I tego zadania - jak wielu innych - podjął się premier Leszek Miller. To program, który wszedł na ekrany bez wielkiej reklamy. Owszem, szeptana propaganda od dawna anonsowała nowe reality show, mówiąc, że dni tego czy tamtego ministra są już policzone.
Jak to zwykle bywa w produkcjach telewizyjnych, trzeba wcześniej sprawdzić zapotrzebowanie na nowe widowisko. Stąd jeszcze w lecie mieliśmy emisję odcinka "Dymisja ministra Belki". Och, wtedy to się działo - złoty wariował, ludzie z niepokojem wpatrywali się w telewizyjne ekrany. Pierwotnie cały show miał iść niejako dwutorowo - jedna część cyklu miała być o tym, kto odchodzi, a druga - o tym, kto przychodzi. Jednak z tego pomysłu szybko zrezygnowano. Z jednej strony nie można za bardzo straszyć ludzi, bo ich to odepchnie od ekranów, a z drugiej następca ministra Belki, nowy aktor, którego nazwisko również kończy się na samogłoskę, nie podołał zadaniu. Zamiast podgrzewać atmosferę, milczał.
Kolejną odsłonę programu mieliśmy na początku roku. Tym razem producenci zdecydowali się na silne wejście - zamiast jednej dymisji, mieliśmy dwie, i to w resortach, które od razu wywołują u widzów rumieńce na policzkach - skarbu i gospodarki. Znowu był sukces medialny. Nic więc dziwnego, że pojawiło się zapotrzebowanie na kontynuację.
Premier Leszek Miller doskonale orientuje się w nastrojach publiki. Było to widać choćby we wspaniale rozegranym teatrze telewizji "Finał negocjacji z Unią Europejską". Ponieważ drugi odcinek serialu decyduje o jego popularności, reżyser sięgnął po jeszcze bardziej emocjonujący temat. Tym razem obejrzeliśmy "Dymisję ministra zdrowia". Czy może być bardziej atrakcyjny temat niż zdrowie? I to w narodzie, który "Zdrowia!" sobie życzy często, gęsto i zwykle do upadłego? Mam pewność, że to pociągnie za sobą konieczność nakręcenia trzeciego i kolejnych odcinków. Zwłaszcza że już - tak jak po początkowym sukcesie "Big Brothera" - pojawiły się naśladownictwa.
Minister Kołodko, początkowo stremowany, ale utalentowany następca ministra Belki, postanowił zafundować widzom widowisko pod tytułem "Zwolnienia w Ministerstwie Finansów". On też nie narzeka na brak utalentowanych uczestników - sama wiceminister Ożóg budzi wśród widzów wiele emocji.