Wybuch wojny w Iraku w najbliższych tygodniach wydaje się już niemal przesądzony. Wprawdzie związane z tym obawy zdominowały sytuację na światowych rynkach, ale dotychczasowa wyprzedaż akcji przybrała umiarkowane rozmiary, zwłaszcza gdy porównać ją ze spadkami towarzyszącymi zeszłorocznemu wybuchowi afer księgowych. Obroty na spadkach nie są znaczące, co świadczy raczej o wstrzymywaniu się popytu niż naporze podaży akcji. Również dotychczasowy wzrost cen ropy naftowej jest raczej nieznaczny, zwłaszcza w świetle historycznych doświadczeń (np. wojny w Kuwejcie). Można stąd wysnuć wniosek, że choć rynki są świadome zagrożeń wynikających ze zbliżającej się wojny, to jednak większość inwestorów liczy na jej szybkie zakończenie.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że szybka i zwycięska wojna ma być jednym z instrumentów (obok krytykowanej przez większość ekonomistów koncepcji obniżenia podatków od dywidend), jakie administracja prezydenta Busha pragnie wykorzystać w celu pobudzenia rynku akcji. I wprawdzie korzystny przebieg wojny rzeczywiście powinien sprzyjać odbiciu na rynkach akcji, to jednak nie będzie oznaczać końca długoterminowej bessy. Problemy finansowe licznych korporacji nie wynikają z napiętej sytuacji w Iraku, lecz są następstwem pęknięcia spekulacyjnej bańki. Spadek zaufania konsumentów nie wynika z perspektywy wojny, lecz raczej z faktu, że dotychczasowe "ożywienie" gospodarcze nie przekłada się na wzrost miejsc pracy. A poza tym wojna z Irakiem to tylko jeden z kolejnych etapów walki z terroryzmem i po jej zakończeniu przyjdzie zapewne czas na następny.

Pomimo negatywnych długoterminowych perspektyw koniunktury na świecie nasz rynek wykazuje nadal stosunkowo dużą siłę. Poziom 1095 pkt w przypadku indeksu WIG20 powstrzymał na razie dalsze spadki, a przy nieco niższych poziomach kursów akcji widoczny jest dość duży popyt. Mocno zachowują się również inne rynki naszego regionu, zwłaszcza gdy porównać je z zachodnioeuropejskimi odpowiednikami, które testują obecnie minima wyznaczonego w październiku ub.r.