Wczorajsza sesja przypominała senny koszmar day-tradera. Ceny większości walorów zmieniały się w bardzo wąskim przedziale, a mikroskopijne obroty wskazywały na to, że inwestorzy pojechali na narty. Zresztą kto wie, może już niedługo urlop będzie jedynym sensownym rozwiązaniem, bo odpowiednio "zręczne" wprowadzenie podatku od dochodów kapitałowych sprawi, że już niebawem aktywność, taka jak wczoraj, zostanie uznana za wyjątkowo wysoką. Na razie jednak bezruch na parkiecie i niepewność inwestorów mają swoje źródło raczej poza granicami naszego kraju. Kapitałów, które byłyby skłonne zaangażować się na rynku akcji, jest na świecie zapewne sporo, ale perspektywa wojny w Iraku skutecznie je od tego powstrzymuje.

Groźba konfliktu zbrojnego jest również w krótkim horyzoncie głównym zagrożeniem dla wzrostu amerykańskiej gospodarki, co z kolei może odbić się negatywnie na kondycji innych państw. W ustabilizowaniu sytuacji nie pomaga też rysujący się wyraźnie podział świata zachodniego na zwolenników i przeciwników Ameryki. Gospodarka Niemiec, głównego antagonisty USA, jest w dość nieciekawym położeniu, więc pogłębiający się spór może mieć przykre konsekwencje. Dla porównania: PKB w roku 2002 w Niemczech wzrósł 0,2%, w USA zaś 2,8%, bezrobocie u naszych zachodnich sąsiadów wynosi około 11%, w Stanach - poniżej 6%. Dodatkowo grudzień przyniósł bardzo wyraźne pogorszenie się sytuacji w niemieckim przemyśle (zamówienia zmniejszyły się o 4,1% w ujęciu miesięcznym, a produkcja spadła o 2,6%). Ciągle więc istnieje ryzyko recesji w Niemczech, a to może oznaczać silne reperkusje dla naszej gospodarki i brutalną weryfikację optymistycznych prognoz wzrostu polskiego PKB w bieżącym roku. W tym kontekście pytanie o fundamentalne podstawy trwałego wzrostu cen akcji na giełdzie wydaje się retoryczne.

Zwróć uwagę:

Spółki regularnie poprawiające swoje wyniki, ponieważ z całą pewnością zostaną docenione przez rynek, czego najlepszym przykładem może być Świecie.