"Kiedy oni (spekulanci) za pomocą wielkich funduszy i potężnych wpływów manipulują cenami akcji tak jak chcą i ciągną z tego ogromne zyski, nie można od nas oczekiwać zadowolenia (...) Ten wielki handel przynosi zyski tylko wielkim handlarzom, a świat nie czerpie z tego żadnych korzyści. Nie powstają stałe miejsca pracy ani wyroby czy usługi, z których mogliby cieszyć się zwykli ludzie. Twierdzę, że handel dewizami jest niepotrzebny, bezproduktywny i niemoralny. Należałoby go zakazać" Cytowany fragment pochodzi z wystąpienia doktora Mahatira, premiera Malezji, na posiedzeniu MFW i Banku Światowego. Czy aby niechęć do tzw. spekulki nie jest powszechniejsza niż nam się wydaje?
Już pobieżne zapoznanie się z literaturą piękną czy filmami dotyczącymi tej tematyki pozwala odnieść wrażenie, że nas nie lubią. W dotyczącej tulipanomanii "Czapce Flory pełnej głupców" Nolpego, "Pozłacanym wieku" Marka Twaina czy filmie Olivera Stone`a "Wall Street" spekulanci ukazywani są bądź jako wyrachowani, pozbawieni skrupułów egoiści, bądź też naiwni, podążający za tłumem głupcy.
Trudno odmówić słuszności niektórym z powyższych stwierdzeń, ale nie można zapominać o funkcji, jaką pełnią w gospodarce spekulanci i rynki finansowo-kapitałowe, na których operują. Jak twierdzi Peter Bernstain, "gdyby nie płynne rynki kapitałowe, które stwarzają właścicielom oszczędności możliwości rozpraszania ryzyka (...) wielkie, dynamiczne przedsiębiorstwa, które są zjawiskiem charakterystycznym dla naszych czasów - Microsoft, Merck, Boeing i McDonald`s - nie mogłyby zostać utworzone". Wtóruje mu szef Fed Alan Greenspan: - Gotowość do podejmowania ryzyka jest kluczowa dla rozwoju wolnego rynku. Ponadto to właśnie spekulanci wymuszają dyscyplinę wśród zarządów korporacji. Są skłonni płacić wyższe ceny za akcje spółek odnotowujących lepsze wyniki, co w połączeniu z systemem opcji menedżerskich (ostatnio wypaczonym, ale z założenia słusznym, i sądzę, że w niedalekiej przyszłości znów skutecznym) jest doskonałym batem na zarządy. Oczywiste jest również, że to właśnie spekulanci zwiększają płynność rynków, a przez to obniżają koszty pozyskiwania kapitału przez spółki.
Mimo tych pozytywnych funkcji, jakie spełnia giełda i goszczący na niej kapitał spekulacyjny, ich rola jest wciąż deprecjonowana. Trudno mi zrozumieć, czemu (oprócz fiskalnych celów) perełki, np. Stoen, nie mogą być prywatyzowane chociaż w części poprzez giełdę. Przez dłuższy czas również sprzedaż WSiP miała być przeprowadzona z pominięciem GPW. Rolą ministra finansów powinno być wspieranie rozwoju giełdy (nie wzrostu indeksu, jak w Japonii), aby to serce gospodarki biło jak najsilniej, przyczyniając się do wzrostu całego organizmu. Nasz minister jednak zdaje się mieć inną wizję i nie chodzi mi tylko o wprowadzenie podatku, który z pewnością zmniejszy zainteresowanie rynkiem, ale również o metodę dystrybuowania obligacji. Niezrozumiałe jest, czemu w umowie z nowym agentem nie zagwarantowano tego, że również inne biura maklerskie (nie tylko BDM) będą mogły pośredniczyć na tym rynku. Elity rządzące popełniają podstawowy błąd, traktując kapitał i giełdę jako dobra ubiquitet - dostępne wszędzie i zawsze. Tak przecież nie jest. Okazję, aby o tym się przekonać, minister miał 12 lutego, kiedy nie sprzedał ani jednej z oferowanych przez siebie obligacji (pula wynosiła ok. 1 mld zł). Być może zostaną z tego wyciągnięte konstruktywne wnioski i zmieni się stosunek resortu do inwestorów. Pozostaje nam tylko na to liczyć. Nawet jeżeli rachuby te okażą się mylne, to umiejętność liczenia okaże się bardzo przydatna, gdy zamiast inwestować, będziemy ślęczeć nad PIT-ami.