W połowie zeszłego tygodnia opisywałem "byczy pesymizm", wynikający z notującego 3-letnie minima indeksu nastrojów, obliczanego przez Marka Hulberta. Jak świetne jest to narzędzie w analizie, pokazało czwartkowe przesilenie na amerykańskim rynku i wręcz euforyczne wzrosty po nim występujące.
W Polsce analizy prywatnych płatnych biuletynów inwestycyjnych przeprowadzić się nie da, bo po prostu ich nie ma (m.in. dzięki regulacjom rynku wprowadzonym przez KPWiG). Polacy jednak nie gęsi i indeks nastroju też się znajdzie. Chodzi o saldo prognoz popytu na akcje, które jest cząstkową prognozą wchodzącą w skład indeksu Pengab, obliczanego przez Instytut Pentor. Popularyzując ten wskaźnik obniżam jego skuteczność, ale co tam...
Żeby zobaczyć, jak idealnie mylą się bankowcy, wystarczy prześledzić ostatnie odczyty. Na powyższym wykresie zaznaczyłem kwadracikami okres, w którym przeprowadzana jest ankieta i saldo prognoz, jakie z niej wynika. Dokładnie na szczycie mieliśmy rekordowe +26. Skalę tego optymizmu obrazuje fakt, że wartość +15 przekroczyliśmy w ciągu ostatnich dwóch lat tyko w listopadzie 2001 r., co natychmiast przyniosło aż 200-punktową korektę, znoszącą 50% wzrostów. Wzrostów rozpoczętych 9 października 2001 r. (w dniu zakończenia ankiety) i wynoszących kontrakty 175 pkt. w czasie 3 sesji! Wtedy właśnie po raz pierwszy saldo prognoz było ujemne (-4). Drugi taki przypadek to lipiec 2002 r. (-1), czyli miesiąc ustanowienia zeszłorocznego dołka.
Widać więc chyba dość wyraźnie, że osiągnięty na początku lutego skrajny pesymizm (+3) musiał zakończyć się przynajmniej oglądanym od ośmiu sesji 65-pkt odreagowaniem, a wyznaczenie dołka dokładnie na poziomie dolnego ramienia rozszerzającego się trójkąta jest tylko technicznym dodatkiem ułatwiającym ostatnią prognozę wzrostów.