Ministerstwo Finansów zorganizowało wczoraj uzupełniającą aukcję obligacji pięcioletnich. Oferowało papiery o wartości 400 mln zł. Można je było kupić tylko po wyznaczonej przez resort cenie 1014,31 zł, odpowiadającej rentowności 5,42% (średnia dochodowość z głównego przetargu, który odbył się w środę).
Inwestorzy nie złożyli żadnej oferty. Trudno się dziwić, dużo taniej te same obligacje mogli kupić na rynku. Rano rentowność pięciolatek wynosiła 5,47%. W ciągu dnia dalej rosła i po południu osiągnęła poziom 5,51%.
- Ministerstwo nie popełniło błędu, decydując się na tę aukcję. Od przetargu środowego sytuacja na rynku gwałtownie się zmieniła - mówi Konrad Aleksandrowicz, chief dealer rynku obligacji w ING Banku Śląskim. W środę resort sprzedał papiery o wartości 2 mld zł, przy popycie przekraczającym 5,2 mld zł. Ministerstwu udało się osiągnąć bardzo atrakcyjne ceny i dlatego zdecydowało się na aukcję uzupełniającą.
- Wzrost cen obligacji pięcioletnich w ostatnich dniach miał charakter spekulacyjny. Korzystając z tego, że płynność na rynku jest stosunkowo mała, jakaś grupa inwestorów zaczęła kupować nasze papiery. Na to nabrali się inni, spekulując, że do Polski wracają zagraniczni inwestorzy długoterminowi. To jeszcze bardziej wyciągnęło ceny w górę. Potem zaczęła się wyprzedaż. Nastąpiło to tuż po środowym przetargu - stwierdza Marcin Bilbin, analityk z Banku Handlowego.
Jego zdaniem, nastroje na rynku obligacji nie są dobre, a ma to związek z napiętą sytuacją polityczną na świecie. - Ciągle nie widać, aby polskie papiery kupowali inwestorzy zagraniczni - zaznacza M. Bilbin. W ubiegłym tygodniu MF przeprowadziło nieudaną aukcję 20-latek. Inwestorzy byli zainteresowani zakupem papierów, ale resort uznał, że proponowane ceny są za niskie i odrzucił wszystkie oferty.