Styczniowe dane o dynamice cen detalicznych, zgodnie z którymi ten wskaźnik inflacji spadł do nowego historycznego minimum (+0,4% r/r), zbliżyły nas o kolejny krok do sytuacji, w której dotychczasowe obawy przed nadejściem okresu globalnej deflacji całkiem niespodziewanie zmaterializują się u nas. Zresztą tak naprawdę nasz kraj już od sierpnia ubiegłego roku jest jednym z niewielu na świecie, które doświadczają prawdziwej deflacji pieniężnej, to znaczy spadku ilości pieniądza w obiegu. Roczna dynamika podaży pieniądza M2 na koniec grudnia wynosiła -2,6% (realnie - po uwzględnieniu wzrostu cen detalicznych: -3,4%). Realna dynamika podaży pieniądza jest jednym z niewielu wiarygodnych wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej (i giełdowej). Oczekiwanie w tych warunkach przyspieszenia tempa wzrostu gospodarczego (i hossy na rynku akcji) można uznać za - delikatnie mówiąc - mało racjonalne. Odpowiedź na pytanie o przyczyny wystąpienia deflacji w naszym kraju jest stosunkowo prosta. Na koniec października 2001 r. wartość M2 wynosiła 329,2 mld zł, a jej roczna realna dynamika wynosiła ciągle jeszcze przyzwoite +7,15% (cykliczny szczyt dynamiki wystąpił dwa miesiące wcześniej na poziomie +8%). Trwająca obecnie fala deflacji pieniądza rozpoczęła się w listopadzie 2001 r. spadkiem M2 o 8,1 mld zł i realnej dynamiki rocznej do +3,8%. Ta ostatnia spadła chwilowo poniżej zera już w marcu i kwietniu, by trwale już zanurkować do strefy wartości ujemnych od sierpnia. Poziom podaży pieniądza z października 2001 r. nie został przekroczony do tej pory. Cóż takiego dramatycznego wydarzyło się w listopadzie 2001 r.? Otóż wtedy właśnie prof. Marek Belka wygrzebał na śmietniku idei pomysł Keynesa sprzed 70 lat na ożywienie popytu poprzez pobudzenie konsumpcji kosztem zmniejszenia atrakcyjności oszczędności. Oczywiście, jak to zawsze bywa z wszystkimi socjalistycznymi projektami manipulacji życiem społecznym, efekty okazały się dokładnie odwrotne w stosunku do zamierzeń polityków. Oszczędności przepłynęły po prostu z banków do TFI (które prof. Belce powinny ufundować dożywotnią emeryturę), co jednak trwale podcięło zdolność sektora bankowego do ekspansji kredytowej.