Cała wczorajsza sesja to powolne wychodzenie z depresji, jaka dopadła rynek po ostatnim bezmyślnym rozdawnictwie akcji TPS. Choć anemiczny systematyczny wzrost trwał niemal cały dzień, to jego dynamika niewiele odbiegała od prac sejmowej komisji.
Rynki rozemocjonowała dopiero publikacja amerykańskich danych o 14.30. Hitem stał się rekordowy wzrost amerykańskiej inflacji cen producentów. Miesięczny wzrost jest największy od 13 lat, a od 4 lat, wykluczając ceny żywności i energii. Dlaczego o tym piszę? Jest to bowiem kolejny (patrz Irak) przykład medialnej schizofrenii. Zdecydowana większość analityków w ostatnich miesiącach straszyła inwestorów widmem deflacji. Zresztą ten sam "proceder" zaczynamy powtarzać na rodzimym rynku. Wczorajsze amerykańskie dane nie przekreślą do końca możliwości deflacji, ale moje sumienie, oczekujące powrotu inflacji, zostało na jakiś czas uspokojone. Wniosek z tego jest tylko jeden - najlepiej całego medialnego szumu wokół rynku po prostu nie słuchać, bo praw ekonomii, ani giełdowej psychologii media nie są w stanie na siłę zmienić nawet zgodnymi prognozami analityków.
Trzeba zatkać uszy też przy interpretowaniu powrotu inflacji, jako zapowiedzi gospodarczego ożywienia. Pewnie by tak było, gdyby wzrost inflacji był wynikiem wzrostu zagregowanego popytu. Tutaj jednak wyraźnie mamy do czynienia z inflacją kosztową, czego jednym z dowodów jest choćby hossa na rynkach towarowych. Firmy oczywiście będą chciały przerzucić te koszty na konsumentów, ale przy rekordowym zadłużeniu i strachu (Irak, recesja) przed zwiększaniem konsumpcji trudno sobie to wyobrazić. Nietrudno za to przewidzieć tego konsekwencje - mniejsze zyski spółek, produkt narodowy brutto, a większe bezrobocie. Wspomniałem o podwyżkach stóp procentowych?