Spadek w Kraju Kwitnącej Wiśni powszechnie był łączony z potencjalnym konfliktem na Bliskim Wschodzie. Nastawienie Amerykanów jest od dłuższego czasu w tej kwestii jasne. Prezydent Bush raz jeszcze potwierdził je w czwartek, mówiąc, że "tak naprawdę nie potrzebujemy niczyjej zgody (przyp. red. - zgody ONZ na operację w Iraku)". Nie powinno to zatem wzbudzić tak wielkich sensacji, że inwestorzy operujący w Japonii zaczęli się pozbywać akcji.
Japonia/Euroland
Kilkumiesięczny trend horyzontalny, jaki panował od października 2002 roku, jest już za nami. Rynek powrócił do bessy. Najwyraźniej optymizm posiadaczy akcji japońskich skończył się i nie jest to efektem kolejnego potwierdzenia twardego stanowiska Amerykanów wobec Iraku. Wydaje się, że jest to następstwem dwóch czynników, których genezy można pośrednio poszukiwać w sytuacji na Bliskim Wschodzie. Po pierwsze, mowa o ropie naftowej. Japonia jest zdecydowanie bardziej uzależniona od tego nośnika energii niż Stany Zjednoczone. Wzrost jego ceny (krótkotrwały, lecz silny, jeżeli konflikt w Zatoce szybko się zakończy) prawdopodobnie doprowadzi do pobudzenia inflacji uśpionej w Kraju Kwitnącej Wiśni od wielu lat. BoJ podwyższy wówczas stopy procentowe, co poważnie zwiększy koszt obsługi megadługu Japonii.
Drugim czynnikiem jest umacnianie się jena. Silny jen nie jest z pewnością na rękę eksporterom (np. Hondzie czy Sony). Generują oni wprawdzie ledwie 1/10 japońskiego PKB, lecz ich wyniki finansowe w powszechnej opinii inwestorów są swoistym papierkiem lakmusowym tego, jak się ma ta druga największa gospodarka na świecie.
Po piątkowym spadku Nikkei 225 znalazło się na najniższym poziomie od marca 1983 roku. Następne wsparcie równie istotne jak to, które zostało przełamane w tym tygodniu, znajduje się na poziomie 6850 pkt. Daje to 15-proc. potencjał spadku cen walorów japońskich. Wybuch wojny jest coraz bardziej prawdopodobny. Ceny akcji tuż po rozpoczęciu operacji w Iraku spadną i trudno zakładać, że rynek japoński będzie odporny na koniunkturę światową.