Resort finansów od kilku miesięcy zapowiadał, że potrzebne na obsługę długu publicznego waluty zacznie kupować na rynku, aby osłabić złotego. Obawy związane z tego typu interwencją na rynku walutowym przyczyniły się do osłabienia złotego. Wczoraj rano jednak minister Grzegorz Kołodko stwierdził, że nie ma już potrzeby interweniowania na rynku.
- Uważamy, że taki mniej więcej jak obecny kurs jest korzystny dla polskiej gospodarki - powiedział w wywiadzie dla radiowych "Sygnałów Dnia". Na pytanie, czy resort finansów nadal zamierza interweniować na rynku, odpowiedział: - Nie.
Jednak wypowiedź ministra Kołodki nie zatrzymała spadku wartości złotego. Rano, gdy wypowiadał się w radiu, dolar kosztował 3,963 zł, a euro 4,3694 zł, a więc mniej więcej tyle samo, co we wtorek wieczorem. Jednak po południu za dolara trzeba było zapłacić 3,972 zł, a za euro 4,3737 zł. Potem było jeszcze gorzej - przed końcem handlu euro kosztowało 4,4 zł, a dolar 3,9945 zł. Osłabienie złotego napędzają teraz przede wszystkim obawy o dalszą destabilizację sceny politycznej po tym, jak rozpadła się koalicja rządząca.
- Myślę, że rynek teraz z coraz mniejszym zaufaniem słucha wypowiedzi przedstawicieli rządu, a w coraz większym stopniu patrzy na fakty - powiedział Andrzej Wasilewski, dealer banku PKO BP. - Spadkowy trend złotego, który obserwujemy, jest w stanie przerwać tylko ważne wydarzenie ze świata polityki, czyli zdobycie większości przez obecny rząd.
Osłabienie złotego może spowodować wzrost inflacji ze względu na podwyżkę cen towarów importowanych. Czy może to spowodować, że Rada Polityki Pieniężnej wstrzyma się z redukcjami stóp?