Zgodnie z tym, co Ministerstwo Finansów opublikowało na swoich stronach internetowych, roczne "wydatki po dostosowaniach" są większe o ok. 10 mld zł od "wydatków możliwych do sfinansowania". Czym jest pierwsza pozycja w prognozie - nie wiadomo. Utajnione są wszystkie szczegóły planu naprawy finansów, łącznie z definicją niejasnego zapisu.
- Wolałbym, aby dyskusja nad przejrzystością finansów publicznych była publiczna, a nie kuluarowa. To jest zbyt ważna sprawa - mówi Mirosław Gronicki, główny ekonomista Banku Millennium.
"Wydatki po dostosowaniach" zwiększają poziom deficytu zakładany na najbliższe lata o ok. 1 pkt. proc. PKB. A to oznacza, że nie mamy co marzyć o przystąpieniu do strefy euro w 2007 r., jak chce tego Ministerstwo Finansów. Deficyt w 2006 r. wynosiłby 46,3 mld zł. Jeśli sprawdziłaby się prognoza MF dotycząca wartości produktu krajowego brutto, to deficyt wyniósłby 4,5% PKB. Kryterium z Maastricht to 3% PKB.
Ekonomiści uważają, że zwiększenie wydatków bez próby szukania oszczędności to najgorszy scenariusz, jaki może spotkać polskie finanse publiczne. - Z euro można zrezygnować na dwa sposoby. Oba zakładają zwiększenie deficytu. Ale co innego, jeśli odbywa się to poprzez zmniejszenie dochodów - np. dzięki redukcji podatków - a co innego, gdy zwiększa się wydatki, pozostawiając fiskalizm na takim samym poziomie - mówi Mateusz Szczurek, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.
Jakie skutki mogłoby mieć zwiększenie deficytu w takim stopniu? Po pierwsze, wymagałoby to zwiększenia wartości długu publicznego. Ministerstwo chce, aby w ciągu 3 najbliższych lat nie przekroczył on 53% PKB. Po drugie, wraz ze zwiększaniem deficytu rosłaby presja aprecjacyjna na złotego, bo w znacznym stopniu rząd musiałby szukać finansowania luki budżetowej za granicą.