Na rynku energii trup ściele się gęsto. Bessa cenowa zawitała na dobre. Marzec jest miesiącem przejściowym, w którym uczestnicy tego rynku raczej zabezpieczają się nadmiarem energii (tak na wszelki wypadek - gdyby zima przytrzymała nieco dłużej), niż pozwalają sobie na jej niedobór. W miarę stabilna pogoda marcowa oraz łagodne przejście do nieco cieplejszych warunków spowodowały nadpodaż energii. Stąd niskie ceny - nie ma w tym wydarzeniu zbyt wydumanej filozofii. Wystarczy popatrzeć na średnią cenę dzienną na Towarowej Giełdzie Energii SA. Początek miesiąca to poziom około 118 zł za 1 MWh, kilka dni później spadek już do około 115, później 110, a teraz, w niektórych dniach nawet poniżej 100 zł. Taki układ cen doprowadza do rozpaczy "posiadaczy" nadmiaru energii, którą trzeba odsprzedawać z potężnymi stratami w stosunku do wartości zakupu. Co więcej, doszło do dawno niespotykanej sytuacji. Ceny giełdowe w niektórych godzinach (nocnych) zbliżyły się do cen Rynku Bilansującego, a to oznacza, że jeśli w następnych dniach będzie podobnie, nie będzie się opłacało podejmować trudu grania na giełdzie. A to nie jest dobry objaw, bo grozi zamrożeniem obrotów. Zjawisko to już zresztą daje się zauważyć.
Od niedzieli dynamika obniżki powaliła nawet najbardziej odpornych. Ponieważ w tym okresie zawiera się kontrakty miesięczne, większość graczy na rynku energii, pozostając "pod wrażeniem" bessy, rozważa nawet odstąpienie od zawarcia kontraktu, kosztem uzupełnienia braków w portfelu w całości z giełdy. A to akurat dobrze wróży giełdzie.