Swego czasu jeden z członków Rady Polityki Pieniężnej Bogusław Grabowski wyjaśniał, czemu RPP nie decyduje się na mocne i duże obniżki stóp procentowych. Rada obawiała się, że po dużym cięciu - np. o 3 punkty procentowe, Polacy uznają, że kredyty są bardzo tanie i rzucą się do ich zaciągania. Co więcej, zrobią to mimo faktu, że realne obciążenia nadal pozostają wysokie. To właśnie byłaby iluzja nominalna.
Jak się okazało, Polacy nie rzucili się okienek banków po pożyczki, i to mimo faktu, że stopy w ciągu ostatnich ponad dwóch lat spadły ponad 60%. Bez wątpienia jest to jeden z argumentów za tym, że Polacy - mimo składu naszego parlamentu - są realistami. Jednak problem polega na tym, że owa iluzja, która miała dotknąć masy, najwyraźniej trapi elity.
Pod wpływem iluzji nominalnej jest najwyraźniej Rada Polityki Pieniężnej. Od dłuższego czasu w jej komunikatach pojawia się stwierdzenie, że nadal nie widać skutków poprzednich obniżek stóp procentowych. To stwierdzenie pojawia się jak refren, obok innych stałych elementów typu "niebezpieczeństwo związane ze wzrostem cen ropy" czy "niepewność płynąca z luźnej polityki fiskalnej". Problem polega jednak na tym, że spadek stóp był głównie nominalny, bo realnie prawie nie drgnęły. Realnie, czyli biorąc pod uwagę różnicę między inflacją a oprocentowaniem w banku centralnym. Bardzo realnie - czyli biorąc pod uwagę ceny kredytów, dostępnych zwykłemu Polakowi w bankach - to właściwie można mówić o wzroście obciążeń.
Pod wpływem iluzji nominalnej pozostaje bez wątpienia minister finansów Grzegorz Kołodko. Przykładem jest sprawa rezerwy rewaluacyjnej. Pan minister wychodzi z założenia, że jak NBP ma coś, co dwa lata temu było warte 90 mld zł, a teraz jest już wyceniane na 120 mld zł, to bez problemu może te 30 mld oddać na pożytek ogółu i dla większej chwały ministra. Fakt, że nadal jest to z grubsza 30 mld USD, zupełnie mu nie przeszkadza. Innym symptomem jest sprawa ESA. W skrócie jest to sposób liczenia po europejsku. Jak liczymy dług publiczny po naszemu, to jest go prawie 50% PKB i ma on niepokojącą tendencję do wzrostu. Ale jak policzymy wartość długu po europejsku, to od razu jest go mniej i znowu można pożyczać na potęgę. A że raty, jakie od długu trzeba zapłacić, się nie zmieniają? Takimi drobiazgami nie warto się przejmować, w końcu pan Kołodko zawsze ministrem nie będzie.
Inna odmiana iluzji nominalnej - iluzja nomenklaturowa - trapi ministra Marka Pola. Jego zdaniem, zmiana nazwy załatwi sprawę. Uznał, że skoro Polakom nie spodobały się winiety, to wystarczy zmiana ich nazwy na opłatę rejestracyjną i wszyscy ją pokochają. Podobnie było w przypadku kontraktu na dostawę gazu - wszyscy psioczyli na umowę, którą pan minister podpisał kilka lat temu. Wicepremier pojechał do Moskwy, wrócił i powiedział, że jest sukces, bo umowa jest dobra. Sama umowa się prawie nie zmieniła, ale w końcu zmiana nazwy załatwia problem.