Robi się nudno. Jeszcze parę lat temu zmiana ministra zakrawała na wielką sensację, szef Rady Ministrów długo się krygował i czaił ze złożeniem wniosku o odwołanie swojego podwładnego, gazety kipiały od pogłosek. Teraz nie ma czasu nawet na to, żeby mleko wykipiało, a nikt nie ma głowy i nerwów zajmować się kolejnymi dymisjami. Wiadomo, ministrowie przychodzą i odchodzą, a raczej - biorąc pod uwagę tempo wydarzeń - przybiegają i wylatują. A przecież kogo obchodzi, że wypowiedzenie z roboty dostał właśnie piętnasty czy siedemnasty minister w danym rządzie. No, może poza drukarnią, która zarabia na druku aktów dymisji, i poza premierem, który z niezwykłą sprawnością składa swój podpis na kolejnych nominacjach i dymisjach.

Czymś takim pewnie mógłby się pochwalić poprzedni premier - Jerzy Buzek - który w czym jak w czym, ale w zmienianiu ministrów był dobry. Jednak przy panu Millerze wysiada - w końcu nie każdy potrafi wymienić ministrów po trzech miesiącach. A pan Miller potrafi. I pewnie jeszcze niejednego zmieni. W końcu - nawet przy przyspieszonych wyborach na jesieni - zostają mu jeszcze dwa kwartały.

Pan premier pozazdrościł też swojemu poprzednikowi sprawności, z jaką tamten osiągał spadek popularności swego gabinetu. Ale nie da się ukryć - w tym także premier Leszek Miller jest lepszy. To, co zabrało rządowi Buzka cztery lata - i to przy wprowadzeniu czterech sporych reform, z których przynajmniej jedna jest nadal powodem do dumy - gabinet Millera osiągnął w niecałe dwa lata. I bez żadnych reform. W tej sytuacji nie dziwi mnie opór przed wprowadzaniem reformy finansów publicznych - po co, skoro cel, czyli spadek notowań na łeb, na szyję, został już osiągnięty.

O wiele lepszy od swojego poprzednika jest też premier Miller w koalicjach - w końcu koalicja AWS-UW rozpadła się po około 3 latach - mówiąc delikatnie - "współpracy". Rozwalenie koalicji z PSL zabrało panu premierowi niespełna 1,5 roku. Na dodatek, AWS z UW umiało się dogadać nawet po rozpadzie koalicji, tymczasem chłopi z PSL wydają się gotowi do rozmów z SLD dopiero po politycznej śmierci Leszka Millera.

Jak widać więc, pan premier Miller wykazał się sprawnością, do której daleko jego poprzednikowi. I prawda jest taka, że nie ma już konkurencji, w której byłby w stanie jeszcze rywalizować z Jerzym Buzkiem. No, prawie nie ma - w końcu pan Buzek był szefem rządu przez 4 lata. Sądzę, że pan Miller jest w stanie wygrać i tę rywalizację. Tylko pytanie - czy będzie dwa razy szybszy, czy też jeszcze wcześniej poda się do dymisji.