Porównanie tego, co zdarzyło się na rynkach kapitałowych w I kwartale 2003 r., prowadzi do wniosku, że najgorsza koniunktura panuje na giełdach europejskich. Najwięcej można było stracić na akcjach spółek notowanych na parkietach Unii Europejskiej. AEX, indeks holenderskiego rynku akcji, stracił w I kwartale 19,3% (w ujęciu dolarowym). Zakładając, że prawdziwe jest twierdzenie, mówiące, iż zmiany kursów giełdowych dyskontują to, co dzieje się w realnej gospodarce, recesję w UE mamy jak w banku. W połowie marca indeksy największych tamtejszych rynków (Londyn, Frankfurt, Paryż) spadły do najniższych od wielu lat poziomów.
Można było zarobić w dwóch regionach świata - w Ameryce Południowej i Europie Środkowej. Na giełdzie w Buenos Aires regularna hossa trwa już prawie 1,5 roku. Bardzo efektownie wyglądają stopy zwrotu w byłych krajach socjalistycznych, ale osiągnięcie zysku na tych parkietach nie było proste ze względu na niską płynność. Obroty w marcu 2003 roku na giełdzie w Rydze wyniosły 4,5 mln łatów (ok. 9 mln USD), z czego 4,4 mln przypadło na dwie firmy.
Wzrost indeksu giełd australijskiej i kanadyjskiej w ujęciu dolarowym wynika ze wzmocnienia się lokalnych walut względem amerykańskiego dolara, a nie ze zwyżki kursów na giełdach. W tabeli wyraźna jest też przewaga giełd USA nad Europą.
Polska na tle
emerging markets