W miniony weekend na Węgrzech odbyło się referendum w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej. Co prawda większość (83,76%) głosujących opowiedziała się za wstąpieniem w struktury unijne, jednak w referendum wzięło udział zaledwie 46% uprawnionych. To dużo mniej niż wskazywały wcześniejsze sondaże opinii publicznej. Gdyby w Polsce w unijnym referendum udział wzięło mniej niż 50% uprawnionych, decyzję o akcesji podjąłby parlament. Na razie jednak zapowiada się, że taki scenariusz nam nie grozi.
Elżbieta Skotnicka, socjolog z Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, uważa, że za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej opowiedzą się w większości ludzie lepiej wykształceni, dobrze zarabiający, z ugruntowaną pozycją. - Ci, którzy odnieśli sukces w okresie ostatnich kilkunastu lat transformacji ustrojowej, aprobują kolejne zmiany. Gorzej jest z ludźmi, których pozycja społeczna została zmarginalizowana. Ci boją się zmian twierdzi E. Skotnicka.
Problem w tym, że Polacy nie lubią głosować. Udowodnili to w ostatnich wyborach samorządowych, które odbyły się w zeszłym roku. Średnio w całej Polsce frekwencja wyniosła 44,24%. Największą frekwencją w ostatnich latach cieszyły się wybory prezydenckie, przeprowadzone w 2000 roku. Swój głos oddało aż 61,25% Polaków.
Zdaniem Elżbiety Skotnickiej każde wybory, gdzie głosuje się na konkretną osobę, mają wyższą frekwencję. - Wyborcy utożsamiają się z konkretnymi osobami - podkreśla socjolog z UKIE. Jej zdaniem, gorsza frekwencja w wyborach samorządowych i parlamentarnych to właśnie wynik między innymi tego, że głos oddawało się na partię, a nie na osoby. - Referendum unijne będzie raczej niezależne od podziałów politycznych. Nie spodziewam się również, żeby cokolwiek miało się zmienić w przypadku gdyby głosowanie trwało 2 dni - twierdzi E. Skotnicka.
Jakie będą wyniki?